Jak Jared poznał Beysus

Rzadko zdarzało się, aby Jared Leto ubrał się adekwatnie do sytuacji i miejsca. Zazwyczaj potrafił zlekceważyć każdego, ubierając klapki do galerii sztuki. Tego jednak dnia postanowił odizolować od siebie te ambitne pomysły, aby zachować resztki klasy, jaką w sobie posiadał. Włożył więc na siebie granatowy garnitur, skrojony idealnie dla niego. Spod marynarki wydostawała się biała koszula, nonszalancko odpięta pod szyją (nie potrafił opakować się w strój każdego innego mężczyzny). Na głowę założył czarny kapelusz, czując przy tym awangardę godną tylko i wyłącznie jego samego.
Wchodząc do ogromnego pomieszczenia, jakim była sala, w której odbyć miało się przedstawienie baletowe, czuł narastający w żołądku niepokój. Nie potrafił pojąć dlaczego, ale każda jego komórka próbowała uciec z miejsca, w którym się znajdował. Był to bowiem pierwszy raz, gdy naprawdę czuł przejęcie, ekscytację i wyczekiwanie na to, co ma nadejść. Odczuwał również stres i nagle, gdy wszystkie te emocje dotykały go realnie, a nie tylko jako wyćwiczona rola, miał ochotę zwymiotować gdzieś na wprost Broodway'u. Nie robiąc tego jednak, udał się w stronę pierwszego rzędu, gdzie zarezerwowane miał miejsce. Z daleka dostrzegał postać mulatki ubranej w dopasowany kombinezon z głębokim dekoltem i wycięciami z boku. Nie czując zupełnie nic, co wróżyłoby dobry start, ruszył w stronę kobiety, aby chwilę potem się do niej zwrócić słowami:
- Wreszcie mamy okazję się poznać... Mam na imię Jared. - Uśmiechnął się nonszalancko, oczekując na krok ze strony Beysus Carter.
- Jestem Beysus. Powinnam powiedzieć, że Valentina bardzo dużo mi o Tobie opowiadała, ale to nie byłaby prawda.
- Ja o tobie słyszałem już dawno, Beysus. - Zasiadł na wygodnym miejscu, wewnątrz odczuwając ekscytację, natomiast zewnętrznie nie wyrażając zupełnie nic. - Cieszę się, że tak bardzo jej pomogłaś. Może po prostu nie jestem wart rozmowy.
- Albo Valentina uznała, że sam mi się przedstawisz. Ile ludzi, tyle interpretacji ludzkich zachowań.
Leto złapał się za brodę i zmarszczył brwi, obserwując twarz dziewczyny. Jego błękitne źrenice poszukiwały zaginionego elementu, którego nie mógł odnaleźć w jej obliczu - sympatii.
- Może to tylko moje wrażenie, a może fakt – uśmiechnął się delikatnie – ale myślę, że nie tylko Val potrzebowała ciebie. Co ty na to?
- Wow, nie wiedziałam, że jej mężem jest doktor psychologii. - Uraczyła rozmówcę uniesioną brwią i ironicznym uśmiechem, by ostatecznie zająć miejsce obok niego. - Niesamowite.
Jared w odpowiedzi zaśmiał się z przekąsem.
- Dlaczego nie dziwi mnie, że obie z Valentiną rozsiewacie sarkazm gdziekolwiek się pojawicie... Beysus, pozwolę sobie skorzystać z okazji i... Dziękuję, że zajęłaś się nią. - Niepewny ujął dłoń rozmówczyni. - Wiele to dla mnie znaczy.
Beysus początkowo obleciała własną dłoń naruszoną przez Jareda poirytowanym wzrokiem, jednak w ułamku sekundy jej ekspresja zmieniła się na bardziej przystępną. Zwróciła się obliczem do rozmówcy, by odpowiedzieć nieco łagodniej.
- Valentina potrzebowała mnie w tym wycinku swojego życia; myślę, że to dosyć ludzki odruch, - po czym wróciła do szablonowego zachowania - ale nie mi to oceniać. Przecież rozmawiam z doktorem psychologii.
Wsunęła dłoń głębiej, równocześnie odpierając atak błękitnych tęczówek Leto swoimi wręcz czarnymi obręczami wokół źrenic.
- Intéressant – powiedział pod nosem. Spojrzał na scenę, kierując swą uwagę na kurtynę ubraną w bogaty i królewski rubinowy kolor. - Nikomu o tym nie mówi, ale bardzo się stresuje. Boi się, że jej ciało nie jest w formie od czasu porodu...
- Nie wie, co mówi - zawtórowała mu Beysus. - Dziewczyna, która wygryzła wszystkie weteranki ze studia przy objęciu roli w swoim ostatnim nastoletnim balecie, nie może po prostu nie być w formie. Baletnicą się jest zawsze; nawet na łożu śmierci, mon écolier.
Leto uśmiechnął się pod płachtą kapelusza tak, że nikt nie mógł tego zauważyć. Postać Beysus – owiana już do miana legendy – nagle pojawiła się przed nim realna i była zdecydowanie bardziej ciekawa, niż początkowo mogłoby mu się wydawać.
Usłyszał szmer. Niezwykły, gdyż był to szmer znaczący tyle, co podnoszenie się ogromnej kurtyny. To, co miało przyjść za chwilę miało wstrząsnąć nim bez reszty.
- Nie denerwuj się tak. - Usłyszał od Beysus, gdy zapomniawszy że trzyma ją za dłoń, ścisnął ją tak mocno, że omal nie zatrzymał w niej krążenia.
Przed jego oczami rozpalił się blask tysiąca świetlików, gdy na scenie pojawiła się ona.
***
Po premierze „Dziadka do orzechów” nastąpił czas na bankiet z tejże okazji. Najróżniejsze postaci ze świata kultury i sztuki dryfowały po marmurowych podłogach, goniąc za kelnerami z tackami przelanymi szampanem. Jared, w towarzystwie palącej Beysus, również na owym bankiecie się pojawił, wyszukując wzrokiem swojej wybranki. Jego towarzyszka natomiast utrzymywała na twarzy ten sam brak określonej emocji, trzymając wolną od palenia dłoń w kieszeni.
Przeszukując twarze zebranych, w celu odnalezienia tej jednej, czuł się osamotniony, mimo towarzystwa. Ostatecznie, gdy miał już ruszyć w stronę poważniejszych poszukiwań, dostrzegł znaną mu twarz kierującą się w jego stronę. Miała wysoko związane włosy, a jej ciało przykryte było czarną koronkową sukienką od Elie Saab, którą sam Jared jej sprezentował z okazji tej właśnie premiery. Wyglądała promiennie, materiał jakby ją przytulał i ochraniał, tworząc z niej żywy obraz.
- Valentino... - Jared próbował słowa złożyć w zdanie, ale nie potrafił. Pierwszy raz był świadkiem występu swojej małżonki, co doprowadziło go do żalu, że nie widział żadnego z poprzednich. Przed jego oczami cały czas malowała się przepiękna postać dryfująca niemal nad ziemią, w magicznym tańcu poruszającym każdego zebranego na sali. Wiedział, że będzie czuć dumę, był tego pewien. Nie spodziewał się jednak, że jego usta otworzą się w geście szczerego zaskoczenia i podziwu. Jego serce przepełnione było zachwytem, czego rzadko doświadczał, będąc osobą z wysokimi wymaganiami. Czuł się jednak teraz absolutnie wyprany z jakichkolwiek innych inspiracji, którymi nie byłaby ona. - To był przepiękny występ.
Dziewczyna jedynie posłała mu szczery uśmiech i złapała za jego dłoń, palcem głaszcząc jego nadgarstek. Spojrzała na postać Beysus i do niej również się uśmiechnęła.
- Cieszę się, że udało ci się przybyć, Beysus – powiedziała cicho. Jej głos zdradzał zmęczenie. - Wyglądasz zjawiskowo, muszę przyznać.
- Jestem niczym przy tobie, Lightburn. - odparła, zaciągając się w międzyczasie. - Słyszałam, że jakiś palant twierdzi, że nie jesteś w formie. No, trzeba przyznać, że battement jeté już nie to samo, co dziesięć lat temu, Klaro. - Uśmiechnęła się delikatnie. - Zaryzykowałabym stwierdzeniem, że nieco mniej szablonowe, nieco bardziej twoje.
- Cóż, nauczyłam się, że powielanie i bycie kopią kopii to zwyczajne marnowanie atramentu – odpowiedziała jej Valentina, zabierając ze stolika kieliszek z szampanem.
- Właściwie – wtrącił Leto – to ona nie nazywa się Lightburn. Oczywiście, tylko dla ścisłości... - Jego twarz przybrała na powrót bezczelny uśmiech.
- No tak, Hob. Wybacz mi, doktorze psychologii. - Beysus uśmiechnęła się nieco szerzej, nachylając się w kierunku Jareda. Kiedy odległość między nimi zaczęła niepokoić, Carter wrzuciła trzymany przy ustach pet do trzymanej przez muzyka kieliszka.
- Źle przyjmujesz bycie w cieniu. Choroba frontmanów - dodała po chwili, poprawiając fryzurę.
- Och, a co jeśli jestem po prostu urodzony, by być w centrum? Nie pomyślałaś o tym? - Zapytał Leto, po czym szybko pozbył się kieliszka, odstawiając go na tacę niesioną przez kelnera. W tym samym czasie ucałował swą wybrankę w jej dłoń, którą cały czas trzymał i spojrzał na nią spode łba. - Może mi się wydaje, ale ona absolutnie nie uległa mojemu urokowi.
Valentina zachichotała.
- Myślę, że oboje potrzebujemy kogoś, kto myśli racjonalnie i tą osobą jest właśnie ona, Jaredzie.
Beysus spojrzała bez emocji na oburzonego Leto, a następnie na Valentinę.
- Jestem pod wrażeniem; - sięgnęła po kieliszek - gorszy gwiazdor niż Jude z jazzu. Do takich to trzeba mieć szczęście; tfu - spojrzała na Jareda - pecha.
- Pomyśl jak wielki pech to był, skoro dopadł mnie aż w Chinach – opowiedziała jej Lightburn, cały czas uśmiechnięta. Chciała dodać coś jeszcze, ale przerwała jej, ubrana w garnitur, kobieta w średnim wieku.
- Przepraszam, chciałabym zamienić z panią kilka zdań, pani Hob. Julie Anderson, New York Times.
- Oczywiście – powiedziała do niej i zanim odeszła, odwróciła się w stronę małżonka i przyjaciółki. - Proszę, nie zabijcie się.
- Trudne zadanie – odparł Leto, kiedy Val odchodziła. Spojrzał przenikliwie na Beysus, próbując wedrzeć się w jej wnętrzności głębiej niż dym tytoniowy, który cały czas w niej zamieszkiwał. - Tak czy inaczej, widziałaś tę kobietę? Jest taka szczęśliwa!
- Nie wiesz jak bardzo za tym widokiem tęskniłam. - Carter odprowadziła wzrokiem Valentinę, by ostatecznie wrócić do wnikliwie obserwującego ją męża tancerki - Dbaj o nią. Moja rola już się skończyła; - upiła łyk, a jej wzrok Leto poczuł nawet na potylicy - chyba czas na mnie.
- Chyba się nie doceniasz. - Leto tym razem brzmiał bardzo poważnie, porzucając głupi uśmieszek i przybierając twarz odpowiedzialnego czterdziestolatka. - Myślę, że nie masz pojęcia, jak wiele ci zawdzięczamy, jak wiele ja zawdzięczam tobie... Beysus, oczywiście, że zakładamy maski, każdy z nas to robi, czy dla zabawy, czy dla obrony – odchrząknął – ale myślę, że w kwestii życia Val nie powinnaś żadnych masek przyjmować poza jedną – anioła stróża.
Beysus odsunęła od karmazynowych ust szkło, unosząc nieco brodę. 
- Nie przybieram żadnej. Życie to nie teatr antyczny; teraz trzeba grać całym sobą, dać się pochłonąć sztuce życia i czasem się dostosować do gatunku. Niektórzy trafiają na tragedie - leniwie mrugnęła - i muszą się z tym pogodzić. Nie ma w tym nic z zabawy czy ochrony. Jest tylko desperacka próba adaptacji.
- Belle rose fleuri en vous, Beysus – powiedział cicho. - Nic nie dzieje się przypadkowo, ale warto czasami wziąć w rękę pióro i samemu pisać swe losy. Adaptacja nie jest dla takich jak ty.
Poczuł na twarzy błysk, szybko orientując się, że to paparazzi na bankiecie postanowił zrobić mu zdjęcie. Włożył ręce do kieszeni i spojrzał pewny siebie w obiektyw, podczas gdy fotograf tworzył zdjęcie jego postaci, naciskając szybko spust migawki.
Kobieta odsunęła się nieco, upijając łyk i hamując uśmiech.
- Dziękuję. Czy mogę prosić o jedno z panną Carter, a potem bez pana, panie Leto? - odezwał się człowiek zza aparatu. Jared tylko zdołał posłać Beysus pytające spojrzenie, na które ona odpowiedziała wskazaniem palca na przeciwległą ścianę. Mężczyzna podążył wzrokiem za wskaźnikiem, by na końcu drogi ujrzeć plakat przedstawiający jego rozmówczynie podczas cabriole.
Uśmiechnął się, obserwując dzieło z Beysus, następnie spełniając prośbę fotografa. Podczas zdjęcia z Carter, jedynie delikatnie złapał ją w pasie, bojąc się, że jakkolwiek naruszy jej strefę nietykalności (czego nauczył się po tak wielu próbach kontaktów z Valentiną – wcześniej nie zwracał na to uwagi). Cały czas z podniesioną głową odsunął się od niej, gdy mężczyzna z aparatem pasjonująco pstrykał zdjęcia Beysus. Jared stanął obok niego, na wprost dziewczyny.
- Doprawdy posiadasz talent, wiem – powiedział głośno. - Val opowiadała mi o tym, jak podziwiała cię w szkole, bojąc się dostać do twojego towarzystwa. Nie jest mi obca historia o tym, jak nauczyciele mdleli, patrząc na twą technikę. - Opuścił delikatnie kapelusz tak, aby zasłaniał mu oczy. - Zdradzisz mi może, dlaczego dopuściłaś do siebie Valentinę?
Beysus wracając do mniej wyciągniętej pozycji dostosowanej do ujęć, kiwnęła w kierunku operatora, dziękując mu za współpracę. Gdy ten się oddalił, dokończyła kieliszek.
- Valentina jest szczególna. Jako nastolatka była nienaruszonym kwiatem magnolii na usychającym drzewku. Miała sobie coś z niewinności dziecka, która urzekała swoją czystością. Nawet kiedy weszła w nie to towarzystwo, błyszczała i odcinała się swoją delikatnością duszy od innych. Dlaczego ją dopuściłam do siebie? Jej obecność powodowała, że czułam się lepszym człowiekiem na wielu aspektach; że miałam styczność z ludzką sztuką; że delikatność nie jest słabością. - sięgnęła do kieszeni i wydobyła papierosa - A potem stałam się jej matką.
- Beysus, czy ty jesteś babką mojej Valerie?
- Coś nie tak z Valerie? - Głoś Valentiny rozbrzmiał w Jaredzie. Podeszłą do niego, łapiąc się go pod pachą. Dopiero teraz wyczuł, że drży. Zdecydowanie była wycieńczona.
Jak się cieszę, że już mogę palić przy tobie - odezwała się Carter, podpalając białą zapalniczką kolejnego papierosa. Po wykonanej czynności podparła łokieć ręki dzierżącej zwitek nadgarstkiem drugiej kończyny. - Gołąbeczki.
- Możecie powtórzyć mi dlaczego to Beysus została matką chrzestną naszego dziecka? - Jared wydał z siebie krótki śmiech i posłał Carter oczko, na co obie kobiety zareagowały zaskoczeniem.
- Bądźże tolerancyjny wobec mojego nałogu. - Machnęła ręką w jego kierunku, by zaciągnąć się i jak zwykle nie wypuścić dymu. - Ja jestem tolerancyjna wobec twojej choroby frontmana.
- Vaaaaal? - Jared znacząco podniósł głos.
- No już, już się nie denerwuj, chłopcze – odrzekła do niego, głaszcząc go po policzku. Kończąc tę czynność delikatnie go uszczypnęła, dając znak, że w dużej mierze nie zmieniła się wiele od dnia, w którym ją poznał. - Okaż trochę łaskawości, Beysus. To mężczyzna.
Prychnęła, wzruszając ramieniem. Odwróciła wzrok, by znowu wrócić nim do przytulonej pary.
- Dla takich nie ma litości... Jest już późno. - Dodała po chwili. - Muszę wracać. Cieszę się, że mogłam być świadkiem twojego wielkiego powrotu, Valentino, - Beysus niespodziewanie złapała za dłoń przyjaciółki - tego baletowego i do żywych. Jesteś niesamowita. - Złożyła pożegnalny pocałunek na policzku Lightburn, a następnie puściła objęcie. - Wątpliwą przyjemność sprawiło mi poznanie tego grajka - wskazała dłonią na stojącego obok Leto, którego ekspresja dużo mówiła.
Valentina obdarowała ją szczerym uśmiechem. Epatowała dojrzałością, której jeszcze niedawno bardzo jej brakowało. Pochyliła się nad przyjaciółką, by wyszeptać wprost do jej ucha:
- Służymy swobodnie, bowiem swobodnie kochamy, mogąc wybierać: kochać lub nie kochać; i tym stoimy albo upadamy. Do zobaczenia, Beysus Carter.
Mulatka spuściła wzrok na ziemię, a następnie powróciła nim do wcześniej obserwowanego muzyka, by kiwnąć głową w odpowiedzi na wypowiedź Valentiny.
Odchodząc od pary Carter czuła, jakby żegnała się z dwójką przyjaciół z dzieciństwa, ale i partnerami w orce dorosłego życia. W jej jestestwie pojawiła się ta myśl, jakoby była świadkiem czegoś, na co ludzie czekają latami z zapartym tchem. Jakimś rozwojem wydarzeń, który jest wynikiem wielu trybików, które wyjątkowo rzadko ustawiają się tak, by powstało to, o czym tak rozmyślała. Przyszło jej być tego świadkiem, chociaż nie była w gronie wyczekujących. Z uczuciem wyróżnienia bycia częścią tak rzadkiego przedsięwzięcia, rzuciła im ostatnie spojrzenie i uśmiechnęła się nieco szerzej niż zazwyczaj. Valentina Lightburn wróciła. 

dodatek napisany przy współpracy z Małgosią, autorką postaci Beysus;
dedykowany również Małgosi XO

1 komentarz:

  1. czytam to i czytam. pomimo, że pisałyśmy to w kratkę, uzupełniałyśmy własne myśli, to mam wrażenie spójności tekstu. jako tako.
    właściwie nie wiem, co powiedzieć. sama poniekąd to pisałam.
    beysus to this bitch™, a przynajmniej kreuje się na taką [tu umieść fotografię b. carter palącej papierosy malboro w granatowym kombinezonie z kolekcji wiosna/lato 2011 od yves saint laurent].
    kocham jarka, że nie wie jak się zachować przy niej. kocham valentinę, że ciśnie z niego bekę. kocham kocham kocham.

    dziękuję za dedykację; dziękuję za w ogóle wplątanie mojej małej bey w losy postaci takiej jak valentina. to był zaszczyt.

    yours truly,
    the mother of b. carter

    OdpowiedzUsuń