24.

Wysiadła ze starego Mercedesa, będącego własnością Elizabeth. Wiatr targał jej rozpuszczone włosy. Cofnęła się do drzwi z tyłu, by wyciągnąć ostatni karton z rzeczami, które przewoziła z Bronxu. Zamknęła drzwi i odwróciła się w stronę budynku rozciągającego się przed nią. Może to dlatego, iż był początek października i było dość mroźno, Pete's Downtown był zapełniony ludźmi. Valentina widziała w szybie restauracji, jak młode pary, jeszcze nie znudzone sobą wzajemnie, popijały cappuccino w ten chłodny dzień. Przeniosła wzrok nieco wyżej, by dostrzec dwa okna, w których szyby nabrały pomarańczowego odcienia, przez światło wydostające się z wnętrza mieszkania. Jej mieszkania. Na twarz przybrała delikatny, niewymuszony uśmiech, który rzadko jej towarzyszył. Właściwie, był to pierwszy uśmiech od bardzo dawna. Przeszedł ją dreszcz. Coś jakby próbowało wybudzić ją z życiowej śpiączki, jakby jesienny wiatr był czymś w rodzaju defibrylatora.
Budynek na Old Fulton Street nie prezentował się jak dom mody Gucci, ale zyskiwał przy lepszym poznaniu. Mimo, że od większości okien odpadły już gzymsy znajdujące się przy górnej krawędzi, a szczyt ich piękna przeminął wraz z końcem drugiej wojny światowej, zostawiając po sobie tylko brudne cegły, o które nie dbał właściciel, wydawał się być domem i miejscem, w którym spokojnie można odpocząć. Może właśnie dlatego Pete's Downtown miało tylu klientów.
- I jak? Wszystko już masz? - zapytała Lizzy, stojąca obok niej w dużej, kwiatowej sukni i skórzanym płaszczu do ziemi.
- Tak. - Powiedziała to z zadziwiającym spokojem. Zawiał wiatr, a ona mocniej ścisnęła karton znajdujący się w jej objęciach. - Gdy wrócę z Brodwayu zaczynam malować.
- Dziś chcesz to robić? Po pracy? Sama? - Grant wydała z siebie mocny okrzyk niezadowolenia. - Koooochanie, nie możesz tak zrobić. Mam lepszy pomysł. - Jej oczka zaświeciły, niczym dwa diamenty. - Wiesz, że w Nowym Jorku nagrywa się teraz nową reklamę do perfum Hugo Bossa? - Znacząco podniosła prawą brew ku górze. - Wiesz, kto jest ambasadorem tego zapachu? - Zachwiała się, by zanurzyć rękę w kieszeni płaszcza i wyciągnąć z niego małe zawiniątko. Rozciągnęła je w dłoniach tak, że przeobraziło się w kartkę papieru.
- Trzymałaś to w gardle psa? - zapytała Lightburn, nieco zirytowana rozkojarzeniem przyjaciółki i jej szybkim sposobem mówienia.
- Wiesz, kto jest ambasadorem? Jared, kurwa, Leto. - Valentina o mało co, a nie wypuściła z rąk pudła, w którym znajdowały się wszystkie płyty, które kupiłowała sobie regularnie od czasu powrotu do rodzinnego miasta. - I zgadnij kto dostał się do jego numeru telefonu? - Elizabeth rzeczowo pomachała jej przed oczami wymiętą karteczką, na której sklejały się ze sobą cyfry. - Zadzwoń do niego. Na pewno pomoże ci w remoncie.
Czuła, jak Only by the Night od Kings Of Leon, zgniata się pod naciskiem jej palców w kartonie. Gdyby można było w tamtym momencie przeciąć ją piłą mechaniczną, nawet to nie oddałoby jej rozdarcia. Litery wirowały w jej ustach, próbując wydostać się na wolność w postaci słów. Zamiast tego jednak wypowiedziała drżącym głosem, jednak powoli i dość głośno:
- To zły pomysł.
W tym samym momencie panna Grant zgniotła papier w swojej dłoni, podczas gdy drugą skierowała w stronę twarzy Valentiny. Delikatnie dotknęła jej policzka, czując wzburzone morze krwi pod skórą.
- Dobrze, skoro tak mówisz... Robisz coś w przyszłą środę? Wiem, że dopiero poniedziałek, ale po prostu chciałabym wiedzieć.
Pracuję, przecież wiesz.
- Tak, ale chodzi mi o wieczór. - Zabrała dłoń z przyjaciółki, by chwycić w ręce karton znajdujący się w objęciach Lightburn. - Daj, zaniosę to na górę. Nadal wyglądasz jak wieszak. - Przejęła rzeczony obiekt w swoje ręce, by ruszyć ku, ukrytym w zakamarku ulicy, drzwiom.
- Nic nie robię wieczorem, a w czwartek nie idę do Dance Center, a co? - Zapytała, sunąć się za nią, niczym śmierć z kosą w ręku.
- Poznałam kogoś i chciałabym, żebyś ty też go poznała. W środę ma jakiś rodzinny bal, czy coś w tym rodzaju. Chciałabym... - Zatrzymała się przed drzwiami, a wtedy Lightburn otworzyła je przed nią. Elizabeth skierowała wzrok na zielone tęczówki przyjaciółki. - Pojawisz się tam?
Wydawało jej się, że przez tyle lat pozbawionych ludzkich emocji, nauczy się chociażby odmawiać. Mówić proste nie, by nie robić już nigdy czegoś, czego robić by nie chciała.
- Pojawię – odpowiedziała i za karę, za nieposłuszeństwo samej sobie, wbiła paznokieć z siłą w lewy nadgarstek, uśmiechając się przy tym wymuszonym znów uśmiechem.
***
Lustro. Zwykła gładka powierzchnia, która odbija światło. Lustro. Największy wróg spojrzenia Valentiny Lightburn. W pustej sali, pozbawionej kogokolwiek, stała młoda dziewczyna ze starymi wspomnieniami, ledwie oddychająca po ciężkich ćwiczeniach. W cienkim body, które na sobie miała, zaznaczała się każda wypukłość jej ciała – każde wystające żebro, wygięty dziwnie kręgosłup i te skrzywione kolana, jakby cały czas próbowała na nie upaść i błagać o śmierć. Patrzyła na siebie i czuła się ciężka. Ciężar sprawiał, iż nie potrafiła wyprostować nóg, nie potrafiła poprawnie ustawić łopatek. Błękit stroju zlewał się z bladością jej skóry, tworząc z niej postać niczym z komiksu. Jedynie włosy, perfekcyjnie tworzące dobieranego warkocza, wyglądały na być może żywe, co nie dotyczyło reszty jej ciała. Już nawet oczy przestały być zielone, szarość zjadała je od środka, powodując wyblaknięcie koloru. Widziała, jak strumyczek potu spływa po jej skroni, przyprawiając ją o dreszcz. Delikatnie zaczęła się okręcać wokół własnej osi, kołysząc się do niemej muzyki. Zimne powietrze wydostające się z otwartego okna uderzało o jej spocone ciało. Zmieniając miejsce położenia obserwowała się ukradkiem w lustrze. Bolało ją to, jak blizny osaczają jej uda, to, jak plecy poranione są wiecznym ogniem piwnicy w szpitalu w Chinach. Chciała zamknąć oczy, ale zamiast tego upadła, czując, jak – niczym piórko – swobodnie frunie na ziemię. W tym momencie w jej głowie słowa „słaba Valentina” stały się niejako pleonazmem. Zawyła, trąc twarzą o podłogę.
- Napraw mnie – cicho szepnęła. Jej głos rozbrzmiewał w pustej sali, która ogromem przytłaczała niczym katedra w Notre Dame. Jedyny dźwięk, jaki jej odpowiedział, był biciem jej własnego serca. Huczał w jej klatce piersiowej, nie dając jej spać. Rytmiczne dudnienie dawało jej pewność, że jej mechanizm nadal działa, mimo licznych usterek. - Napraw. Mnie. - Mówiła trochę ciszej. Jakby bała się siły własnego głosu. W pewnym stopniu właśnie tak było. Drobinka kurzu mogła zrobić jej krzywdę. Powietrze mogło ją zabić. Wszystko na tym świecie było dla niej trucizną.
- A pozwolisz mi to zrobić?
Nie odwróciła się. Nie dlatego, że nie chciała. Nie dlatego, że nie wrócił wtedy do niej; do tego cholernego szpitalnego pokoju, gdzie została sama. Obawiała się jedynie, że jakieś małe pasmo włosów wypadło z nienagannej fryzury. Zaburzyłoby to jej spokój wewnętrzny oraz prezencję asystentki choreografa. Nie mogła do tego dopuścić. Nie podniosła więc głowy.
Stało się to dla niej męczące. Spotykanie Jareda w najmniej odpowiednim momencie. Nie był przez kogokolwiek zapraszany. Wchodził z butami w jej życie tylko po to, by za moment z niego uciec w zawrotnym tempie, zostawiając ją poturbowaną gdzieś w rogu okrągłego pomieszczenia jakim było jego istnienie.
- Po co tutaj jesteś? - Zapytała opanowana. Serce nadal biło, oddychała. Rytm przyspieszył, mechanizm jednak nadal działał. Jak w zegarku. Tik. Tak.
- Przyjechałem pomóc ci w remoncie. Zadzwoniła do mnie...
- Elizabeth! - Podniosła głowę w akcie złości. Czuła przyspieszony puls i napływającą do żył agresję. Spojrzała na postać stojącą przy wejściu do sali. Był taki drobny. Ogromne mahoniowe drzwi zamykały postać Jareda w sześcianie o krótkiej krawędzi, tworząc z niego małego ludzienka. Widok był dość makabryczny dla oczu panny Lightburn.
- Nie złość się, Vaaaal. – Przeciągał jej imię w ustach, trąc językiem o zęby. - Chciałem pomóc, więc oto jestem. - Demonstracyjnie wskazał ręką na swoją postać. Nie zmienił się wiele, jedynie przyciął włosy. Teraz były one równo krótkie i brązowe. Przypominał z twarzy dziecko.
- Nie chcę twojej pomocy, naprawdę. - Każde słowo wypowiadała powoli, siląc się na obojętny ton. Usiadła, podkurczając nogi i na nich opierając brodę.
- Czego więc chcesz? - zapytał. Nie opierał się bezczelnie o drzwi, jak to miał w zwyczaju. Wydawał się jakiś zmęczony, czymś przytłoczony. Jego oblicze skrywało jakiś istotny żal, ale nie potrafiła określić, do kogo i za co. - Co mogę ci dać? Przyjęłabyś ode mnie cokolwiek? - Zamrugał kilkukrotnie, kołysząc się na nogach. - Sam od siebie bym wiele nie przyjął.
Dziś więc miał być taki. Miał być tym Jaredem, który oprowadzał ją po Wielkim Murze Chińskim i spał z nią w nocy przed ucieczką do Ameryki. Miał być tym wrażliwym, zamkniętym w sobie chłopcem w ciele czterdziestolatka trochę cierpiącego na Weltschmerz. Nie chciała pozostać mu dłużna. Nie tego dnia. Powiedziała więc spokojnie, oddychając przy tym głośno, jakby chciała podkreślić, że żyje i ma się dobrze. Mimo wszystko.
Tę-skni-łam.
- Możesz pomóc mi pomalować mieszkanie. - Tyle z siebie wydusiła po dłuższym zastanowieniu. - Eric nie pomalował mojego pokoju, bo chciałam to zrobić sama, ale bardzo boli mnie kręgosłup.
- Pali? - Lekko zmrużył oczy, jakby naprawdę się przejął. - Czujesz ogień, prawda?
Skuliła się bardziej, siedząc na podłodze. Cóż mogła powiedzieć? Jak miała nie przyznać mu racji? Nie lubiła kłamać.
- Wiesz, ja również czuję płomienie na ciele. Często wydaje mi się, że moja twarz płonie. Czuję, jak iskry dotykają mojej skóry. - Głęboko nabrał powietrza do płuc. - Biegnę wtedy do łazienki i myję twarz w ziemnej wodzie, ale to...
- Nie pomaga. - Dokończyła za niego. - A tak cholernie boli.
Człowiek jest jak góra lodowa. Potrafi przetrwać liczne mrozy, uderzenia, oberwania. Kiedy jednak poczuje odrobinę ciepła – topi się. Valentina Lightburn poczuła, jak jej ciało zaczyna się roztapiać. Odchyliła głowę do tyłu, następnie pokierowała w tył całe ciało. Położyła się na zimnej ziemi, próbując ugasić gorąc w swoim sercu. Patrzyła ślepo w sufit, szukając odpowiedzi, czy naprawdę chce, aby człowiek stojący dziesięć metrów od niej miał dotknąć jej artefaktów życia.
Zamknęła oczy. Próbowała przenieść się do bezpiecznego miejsca. Miała przed oczami tylko obraz siebie leżącej w uścisku Jareda w jakimś tanim hotelu w Chinach. Tylko to. Poczuła jego dłoń na swoim nadgarstku.
Sprawiło to jej jednocześnie ból i przyjemność. Przyjemne było to, iż nie robił jej tym krzywdy, bolesne było jednak to, że właśnie on to sprawił.
- Chcę być obok, ale wiem, że mnie zranisz. - Poczuła ulgę mówiąc te słowa. Wiedziała, że ma rację. Wiedziała, że zostając tu obok niego, znów sprowadzi na siebie ból. Nie potrafiła jednak przestać malować w myślach tego, jak byłoby gdyby on istniał w jej życiu. Gdyby był obecny. Tak wiele miała do powiedzenia i tak wiele do ukrycia. Tak wiele bólu w sobie trzymała. Wiedziała, że on potrafiłby pomóc jej dźwigać ten ciężar, gdyby tylko chciał. Właśnie on.
- Ja również to wiem – wyszeptał cicho. - Jestem destrukcją. Nie powinienem chcieć... - Próbowała otworzyć oczy i spojrzeć na niego, ale nie chciała, by przerywał. Wyczuwała jego zapach obok, czuła ciepło bijące od ciała leżącego zaraz za nią. - Nie powinienem chcieć, ale jestem samolubnym gnojkiem i oddałbym wszystko, żebyś była obok. Proszę, nie otwieraj oczu.
- Dlaczego? - Spytała jednocześnie podnosząc powieki. Jego twarz była tuż nad jej twarzą, dzieliły ich milimetry.
- Zawsze robisz mi na złość... - Udawał zażenowanie. - Spójrz – powiedział lekko – teraz już będę musiał cię pocałować.
- Nie pozwalam ci – odrzekła spokojnie. Mocniej ścisnął jej nadgarstek, a ona syknęła z bólu. - Przestań. - Pokręciłą głową w geście odmowy. - Puść mój nadgarstek, puść!
Jared przytrzymywał ją całym swoim ciałem, praktycznie leżąc na niej. Patrzył jej prosto w oczy, próbując zrozumieć dlaczego tak nagle się spłoszyła. Nie poruszając żadną inną częścią ciała, przesunął jej rękę tak, aby mógł spokojnie spojrzeć na nadgarstek Lightburn. Był czerwony i podrapany do krwi. Rany przypominały Morze Czerwone otwarte Izraelitom przez Boga.
Valentina nawet nie drgnęła. Czuła się obdarta z prywatności, jakaś złamana od wewnątrz. Patrzyła wprost na twarz Jareda, który czujnie obserwował jej rękę. Na jego czole pojawiła się zmarszczka niezadowolenia i smutku.
- Nikomu nie powiedziałaś... - Pomachał z zawodem głową. Przypominał jej trochę tatę, który miał do niej żal, że nie mówiła, iż wstydzi się swoich spodni na zajęcia sportowe.
- Krzyczałam, ale tylko Beysus słyszała.
- I nic nie zrobiła?
- Zrobiła więcej niż ty kiedykolwiek dla mnie zrobisz, Jared. - Próbowała wyrwać nadgarstek z jego uścisku, ale poczuła jeszcze mocniejszy ból. - Zejdź ze mnie.
Leto cały czas wpatrywał się w jej rękę, by po paru sekundach obniżyć nieco położenie swojej głowy. Teraz znajdowała się centralnie przy jej ciele. Naparł ustami na jej zakrwawione ciało i delikatnie pocałował miejsce, gdzie paznokieć wbił się najgłębiej. Poczuła jakąś wyzwalającą ulgę. Ktoś przekręcił kluczyk.
- Tak bardzo mi przykro. - Szeptał, ustami dotykając za każdym razem jej ciała. - Cholernie cię przepraszam. - Znów muskał jej skórę. Poczuła, jak powierzchnia, po której suną jego usta wilgotnieje, ale ona nie krwawiła. To Jared. Jared płakał. Patrzyła na jego twarz skąpaną we łzach i nie potrafiła wytłumaczyć sobie dlaczego ona nie umie uronić łzy. Ani jednej. Włoski na jej ciele stawały dęba, jakby ktoś grał w jej wnętrzu emocjonalnie na skrzypcach jakąś melodię, która niosła ze sobą strach, ale i podniecenie. Czuła, jak tętno w miejscu, gdzie całuje ją Jared, przyspiesza. - Tak bardzo chciałbym się tobą zaopiekować... Ale nie potrafię.
- Sama się sobą zajmę, Jared. - Użyła drugiej ręki, by podnieść jego głowę. Teraz patrzył wprost na nią. Paraliżowały ją jego oczy. Tak bardzo martwe, iż powinny znajdować się w lalce, nie w człowieku. Co ci jest? - Dam sobie radę, obiecuję. Tylko pomóż mi malować te ściany.
- Ja... - Patrzył na nią zza ściany, przez którą nigdy się nie przedarła. Zza ściany tajemnicy, którą skrywał. Miał powiedzieć coś jeszcze, kto wie, czy coś, co było bardzo istotne, kiedy zadzwonił jego telefon.
- Odbierz – powiedziała spokojnie. Zadziwiało ją to, jaka opanowana była, gdy obok niej Leto płakał. Zastanawiała się, czy to nie było oznaką ostatecznego utracenia człowieczeństwa – ta obojętność.
- Tak? - Jared przyłożył telefon do ucha. - Jestem w Nowym Jorku, nagrywam tutaj teledysk. Wybacz Larry, że cię nie informowałem... Nie, to nie jest problem. Zajmę się tym w drodze powrotnej, o ile może to być zrobione za jakieś dwa tygodnie. - Przez chwilę milczał, wysłuchując rozmówcy z niesamowitym skupieniem. - Jasne. No i pozdrowię ją, jak tylko będę się z nią widział. Do zobaczenia.
***
- Więc tutaj są te dwa okienka skierowane na Most Brooklyn'ski? - Zapytał Jared wpatrując się w okno. Valentina obserwowała jego plecy, które wyglądały pięknie oświetlone lampką znalezioną na wysypisku. W dłoni trzymała kubek gorącej herbaty, który podała Jaredowi, stając obok niego.
- Tak. Tutaj – Pokazała palcem na przestrzeń po drugiej stronie pokoju. - Tu stało moje łóżko. Teraz postanowiłam postawić tutaj kartonową szafkę tylko dlatego, żeby to urządzenie do odtwarzania płyt, które kupiłam w lumpeksie, miało godne miejsce. Włączymy coś?
- Do malowania? Jasne. Najpierw jednak weź to. - Podał jej czapeczkę zrobioną z gazety i zaśmiał się. - Będzie pasować do tego, co na siebie włożyłaś.
Spojrzała na niego gniewnie. Czy to takie dziwne, że w XXI w. potrafiła nosić ogrodniczki i zwykły biały t-shirt, który ucięty był nad pępkiem tylko dlatego, że jego dół podpalił się, gdy próbowała ugotować zupę?
- Nie będę tego nosić. Bierz wałek, jest w rogu pod oknem – rozkazała tylko i ruszyła po wiadro z białą farbą. - Wszystko na biało. Sawdust od The Killers. - Podeszła do odtwarzacza i włożyła w stację płytę. - Pozwól, że zaczniemy od drugiej piosenki.
Nie wiedziała dlaczego, ale miała ochotę tańczyć. Poczuła jak Shadowplay rozbrzmiewa w jej wnętrzu od pierwszego dźwięku. Stojąc w miejscu zaczęła poruszać się w rytm, ramionami i biodrami; powoli, nieśpiesznie, wpatrując się przy tym w Jareda. Nie był to zwyczajny wzrok. Napastowała go wręcz swoim spojrzeniem, nie pozwalając mu spojrzeć gdziekolwiek indziej. Leto obejmował ją wzrokiem i rozchylił nieco usta, by oblizać dolną wargę językiem. Lightburn czując muzykę pulsującą w sercu, nie przestawała się poruszać, a wraz z przyspieszającą muzyką, przyspieszało jej tętno. Gdy Brandon Flowers rozpoczął śpiewać najlepszy – zdaniem Valentiny – fragment piosenki, Jared poruszył się i szybkim krokiem pognał w stronę dziewczyny.
I did everything, everything I wanted to
I let them use you to for their own ends...
Mocno przygarnął ją w swoją stronę, obejmując jej twarz w dłoniach i złączył ich usta w słodkim, dzikim pocałunku.

7 komentarzy:

  1. O MAMUNIU, NIE WIEM CO NAPISAĆ! Jesteś genialna! Cudowny rozdział, jak mogłaś napisać, że może nas zanudzić na śmierć? Jest NIESAMOWITY i w końcu jest Jared, mam nadzieję, że na dłużej, bo jak znowu zostawi Val to ja już się nim zajmę! Czekam na więcej, bo piszesz niesamowicie, w dodatku te piosenki... niebo po prostu.
    Weny, kochana!
    A, i SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU, SAMYCH KONCERTÓW!
    Julia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tobie również wszystkiego, co najlepsze! I dziękuję za cierpliwość. XO

      Usuń
  2. wstyd się przyznać, ale tuż po opublikowaniu rozdziału przeczytałam go ostatkiem sił i ponownie pogrążyłam się w śnie. ostatnie dni to dla mnie mentalna katorga, a ze światem mogę się pogodzić, nie biorąc w nim żywego udziału. może i koniec brzmi dwuznacznie, ale zostawmy go w surowej wersji - nie dopowiadajmy ani słowa.
    chciałabym na (de facto drugim) wstępie podkreślić moją irytację jaredem. nigdy nie sądziłam, że jego obecność będzie mnie mierzić w takim stopniu, ale kobieta zmienną jest. jego mniemanie o sobie jako o superczłowieku, który pomoże innym, bo nie może pomóc sobie (khem, megs, czy też nie ciśniesz beysus?) jest wywlekane przez leto niemalże nonstop. odnoszę dziwne wrażenie, że próbuje tym zwrócić na siebie uwagę tylko po to, by ktoś mu podał rękę. w tym momencie zamknę mordę, bo czuję jak mój polski zaczyna kuleć...
    valentina właściwie została rozebrana/zdemaskowana przez ciebie, domczi, i nie czuję się na siłach, by podsumować tę dość barwną, jak na szarość jej skóry, postać.
    ps. czy jared zna beysus??? czy nie???
    ps2. odniosłam takie wrażenie i nie wiem czy to prawda halp powiedz mi bo umrę pls

    nigdy mnie nie nudzisz.
    druga piosenka się nie odtwarza.
    niech moc będzie z tobą.

    yours truly,
    megs

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. zbliżam się ku końcowi, to będę demaskować, a co. val nigdy nie była jakoś nadzwyczaj tajemnicza czy zajmująca. gdyby nie to, co jej się stało, siedziałaby teraz w bibliotece albo jarała fajki na old fulton.

      co do jareda... nie wiem, może czytasz val w myślach, ale «spoiler» w najbliższej przyszłości będzie rozmawiać z leto o jego zachowaniu.
      czy jared zna beysus? wiesz, o tym możemy porozmawiać prywatnie. za rozdział (czyli w 26.) będę potrzebowała beysus. no i ciebie. ale ciebie to potrzebuję zawsze.

      ps. wiesz, spisała mnie policja, jestem "brana pod uwagę" teraz.
      ps2. odwiedzisz mnie w pace?

      Usuń
    2. domczi mi odpisała!!
      [przemilczę twoją odpowiedź, bo gdybym miała spisać, co czuję, to by była dosłowna literacka sraka]
      jak nie założą mi kaftanu, to chętnie cię odwiedzę. ubiorę się jak chanel oberlin (zapomnijmy o outfitach z ostatniego odcinka scream queens!!) i pomogę ci uciec. jak łamać prawo, to w dobrym stylu.

      yours truly,
      megs

      Usuń
  3. Nawet nie wiesz jak wielki uśmiech rozjaśnił moją twarz, kiedy przyszło do mnie powiadomienie na wattpadzie, że dodałaś rozdział. Jednak jakoś wolałam dodać komentarz tutaj.
    Cała ta historia łapie mnie niesamowicie za serce. Strasznie się bałam ,że nie poznam jej końca, w końcu tak długo Cie nie było. Mam nadzieję, że to już ostatni raz, kiedy mnie tak straszysz ! xx
    Nawet nie umiem opisać słowami tego, jak bardzo kocham sposób w jaki piszesz i przedstawiasz wewnętrzne emocje Valentiny. W taki niebanalny sposób. Rozdział bardzo mi się podobał i już czekam niecierpliwie na następny. Moment, kiedy Jared wisiał nad twarzą Val, matko *,*
    Szczęścia i weny życzę w nowym roku oczywiście ! ♥
    Sister

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tobie również wszystkiego, co najlepsze!
      opowiadania nigdy bym nie rzuciła - za dużo serca w nie wkładam. przepraszam, że musiałaś tak długo czekać.postaram się z całych sił, by pisanie przychodziło mi bardziej regularnie.
      xo

      Usuń