21.

Wyprostowała się w fotelu i rozejrzała wokół. Ludzie powrócili do swoich czynności, opuścili wzrok, czy też po prostu obserwowali Jareda, poznając w nim aktora i muzyka, mimo czapki i okularów. Jared cały ten czas obserwował jej usta, nie patrząc w oczy. Sytuacja ją przytłaczała.
Wiem, że wiesz, że ja wiem, chciała mu powiedzieć, ale jedyne co zrobiła, to poproszenie go o jedną kartkę z notesu. Leto posłusznie spełnił jej prośbę, skrzywiając się jednak, gdy Valentina wyrwała mu z ręki długopis. Nabazgrała coś na kartce. Coś, czego nie był w stanie odczytać z powodu dzielącej ich odległości, po czym zawinęła świstek w kostkę i wsadziła go do kieszeni. Obserwował ją z zainteresowaniem, ale postanowił nie komentować jej zachowania.
- Jesteś pewna co do tego nazwiska? - zapytał, zmieniając tok swoich myśli. Nie wiedząc dlaczego, nie chciał widzieć jej milczącej z pokerową twarzą, którą teraz go lustrowała.
- Tak – odpowiedziała z obojętnością. - Chciałabym w ten sposób... Cóż, może w ten sposób odwdzięczę się Clary.
- I myślisz, że przyjmując jej nazwisko to zrobisz, tak? - Niemal się z niej śmiał. Miała ochotę go wyrzucić z samolotu lub po prostu kopnąć, cokolwiek. Cokolwiek, co zmyłoby mu ten okropny, cwaniacki uśmiech z twarzy.
- Może po prostu nie chcę twojego nazwiska, co? - Specjalnie powiedziała to głośno, widząc jak mężczyzna siedzący obok nich natężył słuch. Jared pobladł i zacisnął pięści. Tak łatwo można go było wyprowadzić z równowagi. Jego cierń psychopatyczny nadal był dla niej nieodkryty.
- Zamknij. Się. - wysyczał. Zazwyczaj, gdy robił tak wielkie przerwy między słowami, jego krew buzowała w żyłach, więc ucieszyła się ze stanu rzeczy.
- Więc nie mów nic do mnie – odpowiedziała niewzruszona, udając przy tym, że wcale nie czuje się w jego towarzystwie, jak piórko w polu minowym.
Resztę podróży milczeli. Lightburn tak bardzo pragnęła pozostać w pełni świadomości, ale powieki same się jej zamykały. Nadal odczuwała ból w nogach i na plecach, jakby ktoś podpalał ją od tyłu, lub jakby stała przed smokiem zionącym ogniem. Nadgarstki nadal rejestrowały katujące pieczenie, a żołądek domagał się pożywienia. Zasnęła więc prędzej, niż sądziła.
Poczuła mocne, brutalne szturchnięcie.
- Wstawaj, jesteśmy w Los Angeles.
Jared znów ją szturchnął.
- Do cholery, puść mnie. - Wyrwała mu się, nadal siedząc w fotelu. - Zaraz cię zamorduję, przysięgam.
- O co ci chodzi? - spytał, obserwując ruch jej warg.
- O to, że jestem chodzącym stosem bólu i pieczenia, a ty sobie mnie popychasz. - Wstała i podeszła do niego tak blisko, iż stykali się klatkami. Popatrzyła w górę, wprost w jego oczy. - Może od razu wrzuć mnie do samochodu i do kasacji? Zacznij myśleć, łaj...
- Łajzo? - Jared podniósł brew ku górze i oblizał dolną wargę, wreszcie patrząc Valentinie w oczy. Efekt był porażający, a ona omal nie zemdlała. Jego oczy były piekłem. Tak jak spokojnym się wydawał, tak jego oczy płonęły gniewem, złością i agresją. - Tego się po tobie nie spodziewałem. Myślisz, że mną zapełnisz pustkę po Clary? - Złapał ją za łokcie.
- Puszczaj. - Zaczęła się bezskutecznie szarpać, a całą sytuację odczuwała jak odebranie wolności, którą mogła przecież już oddychać. - Puszczaj mnie, do cholery. - Wyrwała się jedną ręką z jego żelaznego chwytu i w ułamku sekundy postanowiła obdarować go ozdobnikiem policzka, jaki miała ona sama. Uderzyła go z taką mocą, iż zapiekły ją knykcie, ale poczuła przy tym wyzwalającą radość. Pomyśl ile razy Clary musiała tak dostać w twarz, cisnęło się jej na usta, ale widząc wyraz twarzy Jareda zaniemówiła. Cieszył się. Jakoś bezpodstawnie się cieszył. Uśmiech nie obejmował jego oczu, jedynie usta, przez co dodała: - Przede mną nie musisz udawać. Widzę, że coś wygryza cię od środka, powoli wyniszcza, a ty nic z tym nie robisz. Nic.
- Może już czekam na piękny koniec, nie możesz tego wiedzieć – powiedział cicho i wziął ją za rękę, by – mimo jej sprzeciwów – wyprowadzić ją z samolotu.
- To ty nie możesz tak myśleć – wyszeptała, idąc za nim. Odwrócił się w jej stronę i posłał jej nieśmiały, pełen bólu uśmiech. Była to jedna z najbardziej krzywdzących rzeczy, jakich w życiu doświadczyła. Czuła jego ból w swoim sercu i miała ochotę zarówno od niego uciec, jak i okryć go swym ciałem i bronić przed światem. Był tak bardzo roztrzaskany, na miliony mniejszych kawałków, a każdy z nich zdeformował się od odsunięcia od reszty.
Nałożył na nos okulary i ruszył w stronę hali przylotów, by odnaleźć swoją walizkę. Valentina obserwowała wszystko panoramicznie, przyglądając się w zupełności każdemu, kto się jej nawinął.
Życie się zmieniło. Ludzie trzymali w dłoniach małe, szare telefony, niektóre z nich wysuwane, inne w magiczny sposób przekręcane; z klapką, z kolorowym wyświetlaczem i jeszcze te, które pamiętała – z antenką. Poruszali się w zadziwiająco szybkim tempie, nie zauważając niczego i nikogo, nawet żebrzącej dziewczyny znajdującą się gdzieś między jawą, a zapaścią. Życie się zmieniało. Podążało w destrukcyjną stronę. Gdzieś między mrugnięciami dostrzegła zegar – duży, cyfrowy zegar – z zielonymi cyframi, przedstawiającymi godzinę i niżej, pod nimi – datę: 15 grudzień 2006.
Nie spostrzegła kiedy wpadła na plecy Jareda, zupełnie nieświadoma tego, że wrócił z pakunkami i zatrzymał się przed nią, rozmawiając przez telefon. Dotknięty uderzeniem, odwrócił się w jej stronę i oderwał czarną komórkę od ucha, by zakryć jej głośnik i zapytać:
- Co ci znowu jest? - W głosie nie było słychać wyrzutu, jedynie lekkie zdziwienie, jakby Jared naprawdę zaskoczony był jej nieuwagą.
- Nic – przyznała, nadal wpatrując się w czarną tablicę z zielonymi cyferkami, które cały czas się zmieniały, bo sekundy nie czekały na jej pozwolenie, by mijać. - Myślałam, ze jest listopad.
Jared uśmiechnął się z wyższością i zaśmiał pod nosem.
- Przyjdź z tym do środka, przebierze się w toalecie – powiedział do słuchawki i zakończył połączenie, po czy dodał, mówiąc już wprost do Valentiny: - Ile pamiętasz z naszego pobytu w Chinach, gdy już cię zabraliśmy ze szpitala?
- Co masz na myśli? Pamiętam wszystko. Pamiętam, jak się obudziłam, pamiętam nasz ślub – mówiąc to słowo, skrzywiła się nieco i straciła na rezonie – pamiętam twój krzyk w noc poprzedzającą wyjazd.
- To było dwa tygodnie temu i proszę, nie kłóć się. Czasu nie oszukasz. Lekarz mówił, że ciągle możesz tracić przytomność, że twój organizm jest wycieńczony i że musisz dużo spać. Budziłaś się tylko na parę minut, w międzyczasie jadłaś, a potem znów zasypiałaś. W pewnym momencie naprawdę myślałem, że nie żyjesz – gdy budziłem cię, bo wiedziałem, że mamy lot. Ale ty wcale nie reagowałaś, więc ubrałem cię w te spodnie od Shannona i zaniosłem do samochodu...
- Jared! - Gdzieś za sobą Lightburn usłyszała głos kobiety i już wiedziała, że to Emma Ludbrook zmierza w ich kierunku. Nie lubiła takich sytuacji – gdy ktoś przerywał rozmowę w jej praktycznie kulminacyjnym momencie. Odwróciła się, by zobaczyć szczupłą, wręcz wychudzoną blondynkę ubraną w jakieś kosmiczne ciuchy sprzed dwóch wieków. - Załatwiłam, co się dało – powiedziała, podnosząc w górę reklamówkę. - Mam jakieś ubrania i kosmetyki. To wszystko, co udało mi się zdobyć w tym butiku obok.
- Nie szkodzi – odparł Leto i uśmiechnął się. Nie był to ciepły uśmiech, ani taki, który krzywdził. Był to wyćwiczony uśmiech gwiazdora, który wiedział, że swoją twarzą musi reprezentować swoją pracę i artyzm. - Daj jej to. - Wskazał palcem na niczego nieświadomą Lightburn. Emma nieco się skrzywiła – najwidoczniej nadal miała wewnętrzny żal do Valentiny za przytyki na planie From Yesterday – ale zbliżyła się do brunetki i podała pakunek, mówiąc:
- Tutaj masz świeżą bieliznę i ubrania: jakiś golf i jeansy oraz sportowe buty. Poza tym kupiłam ci krem nawilżająco-matujący, tusz do rzęs i brzoskwiniową pomadkę. W środku jest jeszcze jakaś szczotka do włosów i chyba parę gumek do ich związania. Nie możesz tak stąd wyjść obok Jareda, jak ostatnie nieszczęście. Prasa już plotkowała o waszym związku, gdy jakiś paparazzi zrobił wam zdjęcie na Wielkim Murze Chińskim. Wtedy jeszcze jakoś wyglądałaś, ale teraz – złapała ją za włosy i dotknęła kosmyków – musisz coś ze sobą zrobić.
Valentina w umyśle widziała, jak roztrzaskuje twarz Emmy na marmurowej podłodze.
- To chore – powiedział jednak, ściskając w rękach „podarunek” od Ludbrook. - Jesteście chorzy, oboje. Ty – wskazała na mężczyznę – jesteś tak chory, że na twoim miejscu zapisałabym się do klubu psychopatów, a ty – odwróciła się do blondynki – spełniłabyś każdą jego zachciankę i załatwiła za niego wszystko, a on i tak nigdy nie przejmie się ani tobą, ani twoim istnieniem.
Zaraz po swoich słowach, udała się wprost przed siebie, kierując swe kroki do toalety. Chcieli, żeby się przebrała? Proszę bardzo! Zaśmiała się pod nosem, wiedząc, że robi to tylko dlatego, aby jak najszybciej wydostać się „spod skrzydeł” Leto oraz jego asystentki, która mózg zostawiła gdzieś daleko, razem ze swą godnością.
Zatrzasnęła się w jednej z obskurnych kabin i wręcz zerwała z siebie sweter Jareda i te cholernie drogie spodnie. Otwierając pakunek, poczuła przyjemny zapach nowych ubrań – nie jakiegoś poliestru – ale miły zapach, który obejmował te sklepy w Nowym Jorku, do których nie wstępowała, bo nie było ją na nie stać. Emma zachowała powściągliwość co do wybrania dla niej rzeczy – zakupiła prostą, białą bieliznę i ubrania w pastelowych barwach, dopasowane do jej figury. Golf, który na siebie włożyła był miętowej barwy w drobne paseczki, stworzone z uwypuklenia materiału, z którego był zrobiony. Jeansy również się jej podobały – proste, jasne i obcisłe u dołu (tego obawiała się najbardziej, bo Emma wyglądała na zwolennika dzwonów). Buty zapewne były drogie, ponieważ nazwa firmy była widoczna praktycznie w każdym możliwym miejscu – po ich bokach, na językach, na podeszwach, w środku, na agletach. Wydostała się z kabiny i ruszyła w stronę lustra.
Tym razem nie płakała, tym razem miała ochotę roztrzaskać zwierciadło i zabić się jednym z kawałków. Zmieniła się, teraz mogła zdać sobie sprawę z mijającego czasu. Jej grzywka praktycznie już nie istniała – zlała się z resztą włosów. Valentina wzięła do ręki grzebień, by przeczesać kosmyk jej brązowych pasem. Narzędzie zatrzymało się gdzieś w połowie drogi, ponieważ dalszą zagrodził mu kołtun stworzony z przypalonych włosów. Nie miała skrupułów – pociągnęła tak mocno, iż wyrwała niepodatne na czesanie włosy, czując piekący ból w czaszce.
Dwadzieścia minut później wyglądała całkiem znośnie, jak na ofiarę katastrofalnego ataku psychopaty. Włosy rozdzieliła przedziałkiem na środku głowy i związała je w niską kitkę z tyłu głowy. Na twarz nałożyła krem, rzęsy przeczesała tuszem, usta drasnęła pomadką. Teraz – patrząc na siebie – widziała Valentinę Lightburn – tancerkę, baletnicę – najlepszą w swoich fachu, najbardziej pracowitą w całej grupie. Uśmiechnęła się do siebie. Naprawdę, naprawdę wróciła.

Jared rozmawiał z Emmą, ostro się na nią wydzierając (Valentina słyszała jedynie pojedyncze zdania, ale najbardziej zapadły jej w pamięć słowa „Zerwiemy kontrakt”) i gestykulując. Był taki... sprzeczny.
Nigdy nie mówił zbyt wiele o sobie i krył emocje wewnątrz. Ukrywał ból pod powierzchnią ze sztucznego uśmiechu. Ciągle jednak na wszystkich się wydzierał, wyrażał oczywistą agresję, nie skrywaną żadną uprzejmością, czy też zwykłym dobrym wychowaniem.
- Mogę już wracać? - zapytała, podchodząc do nich. Odwrócili się w jej stronę, oboje lekko uchylając usta. - To znaczy, do Nowego Jorku?
- Eeee – Emma swoją wypowiedz oparła na ukończonych studiach komunikacji interpersonalnej. - Eeee... - Wyciągnęła w jej stronę pognieciony nieco bilet lotniczy. JEJ bilet. JEJ bilet do domu. Valentina ujęła go w ręce, zadowolona z faktu, iż jego rezerwacja jest ustalona na ostatni wieczorny lot w tym samym dniu. W tym samym czasie Jared złapał ją za rękę. Spojrzała na jego dłoń z zaciekawieniem – zacisnął ją tak mocno na jej nadgarstku, jakby przynajmniej była dzikim zwierzęciem, którego za wszelką cenę nie można wypuścić.
- Nie zostawię cię na tyle czasu samą – powiedział w końcu. Podniosła wzrok na jego twarz, by dostrzec zaciekawienie i nieco niepewności, co wymieszane razem dawało efekt czegoś magicznego na jego twarzy. - Poza tym, wydaje mi się, że mamy coś do załatwienia w związku z dzisiejszym dniem.
To niemożliwe, pomyślała, niemożliwe.
- Co masz na myśli? - zapytała. Sama nie widząc dlaczego, pragnęła aby odpowiedział jej właśnie tak, jak miała to ułożone w głowie, mimo że ten dzień wcale nie różnił się od innych i nie powinna tak się tym przejmować.
- Masz dziś urodziny. - Po raz drugi w swej egzystencji zobaczyła ten jego nieśmiały uśmiech i czuła się przy tym niczym naukowiec, odkrywający coś ważnego dla ludzkości. - Dlatego chcę cię gdzieś zabrać. Proszę.
***
Czuła się źle, gdy niemal wepchnięto ją do wielkiego, czarnego busa z przyciemnianymi szybami. Czuła się źle, gdy nie mogła nawet doświadczyć słońca na swojej twarzy, bo ONI kazali jej „pakować się do auta, póki nikt ich nie rozpoznał”. Czuła się źle.
Jedną z cech wolności jest fakt, iż można samemu za siebie decydować i robić to, na co ma się ochotę, bez względu na zdanie innych.
Stała teraz przed szklaną szybą w ciemnym pomieszczeniu, zupełnie wyciszonym. Znajdowała się w studiu zespołu i obserwowała, jak trzech mężczyzn rozsiada się na stołkach w środku małego sześcianu, w którym odbywały się zapewne nagrania. Również w środku znajdował się Jared, który trzęsącymi się dłońmi majstrował coś przy gitarze. Nie mogła nic słyszeć, ponieważ Shannon przycisnął jakiś guzik na ogromnej konsoli i obiecał bratu, że włączy go dopiero, gdy tamci będą gotowi. Sprawdziła kieszeń spodni – tak, nadal miała tam kartkę, którą popisała jeszcze w samolocie. W międzyczasie usłyszała urwany śmiech Shannona, a chwilę później głos Jareda.
- Jesteśmy gotowi.
Odwróciła się w stronę szyby, by zobaczyć stojącego przed mikrofonem młodszego Leto, trzymającego gitarę, ubranego w czarne – jak zwykle – ciuchy. Obok niego siedzieli mężczyźni – dwaj z nich trzymali w rękach skrzypce, trzeci zasiadał przy kontrabasie. I wtedy Jared cicho wyszeptał „raz, dwa, trzy, cztery”, a jego ręka – jak na komendę – powędrowała do strun gitary, by poszarpać ich powierzchnię, drapać i ocierać się, wydostając przy tym słodkie dźwięki nieznanej jej melodii. Chwilę później głos zabrał sam Jared, który szepcząc z chrypą, rozpoczął powolne tortury nad ciałem i umysłem Valentiny Lightburn.
Did we create a modern myth?
Did we imagine half of it?
Would happen in a though from now.
Save yourself, save yourself.
The secret is out. The secret is out.
Słowa wyrzucał z siebie z niezwykłą lekkością i robił to w sposób, którego nie dało się określić: jednocześnie agresywnie, dynamicznie, ale i delikatnie, łechtając zmysły, podnosząc napięcie, budując melodię roznoszącą się gdzieś wewnątrz umysłu, wewnątrz serca. Gdzieś w miejscu, którego człowiek fizycznie nie posiada, ale odkrywa go po tym, kiedy usłyszy właśnie coś takiego.
Valentina walczyła z budującym się ciepłem w jej klatce piersiowej. Stwierdziła, że to dziwne uczucie, połączenie lęku i pewnego rodzaju radości – czegoś zupełnie jej obcego. Gdy już sądziła, że przyzwyczaiła się do dźwięku rezonującego w jej głowie, do Jareda dołączyło trio skrzypków, które namalowało muzyką drogę do jej duszy.
To buy the truth and sell a lie.
The last mistake before you die.
So don't forget to breath tonight,
tonight is the last so say goodbye.
Spojrzał na nią spod kotary rozrzuconych, wściekle czerwonych od dołu włosów, a ona nie potrafiła się powstrzymać i poczuła, jak serce bije jej szybciej. Nie potrafiła, och tak bardzo nie potrafiła, zatrzymać podnoszącego się tętna, szybszego przebiegu krwi buzującej w jej żyłach. I razem z tym przyszedł obraz ich pocałunków – dwóch, tak dzikich i dziwnych w swej zwierzęcości – oraz wszystkich rzeczy, które przyszły wraz z Jaredem – kara, śmierć Clary, jego wyznanie. Sięgnęła do kieszeni jeansów, cały czas patrząc w jego oczy – zwyczajne przecież, bo ludzkie oczy – które wyrażały tak wielkie pragnienie czegoś, bliżej nieokreślonego czegoś, mogącego dać wszystko i nic. Wiedziała, że nie wybrał tej piosenki przez przypadek, że to zaplanowana gra, w którą ją wciągnął już dawno temu. Dzisiejsza noc jest ostatnia, więc powiedz „żegnaj”...
Wyciągnęła z kieszeni mały zwój pogniecionego papieru i, nie odrywając wzroku od Leto, starała się rozprostować go w dłoniach, które drżały bardziej niż kobieta podczas orgazmu.
Goodbye, goodbye, goodbye...
Jared stał zgarbiony, ręką trącając struny, wzrokiem spoglądając na Valentinę, zamykając oczy, zaczynając krzyczeć, wrzeszczeć wręcz: Goodbye, goodbye, goodbye, goodbye, ciągle i ciągle, znów i od nowa. Każde kolejne pożegnanie było mocniejsze od poprzedniego, a on powoli zamykał się we własnej klatce, marszcząc twarz, wyginając się w łuk i niemal drąc się w pół, by wydać z siebie ryk związany ze zwykłym Do widzenia. Jak się okazało, siedemnaste żegnaj było tym ostatnim, a po nim nastąpiła otchłanna cisza. Cisza obejmująca czas, przestrzeń i miejsce. Cisza w ich sercach, które czekały na kolejny krok.
- Dlaczego mam wrażenie, że odchodzisz? - wyszeptał do mikrofonu, patrząc na nią z bólem.
Nie spuszczając z niego wzroku Valentina położyła na konsoli kartkę, na której już wcześniej napisała:
Mam nadzieję, że znajdziesz kiedyś sposób, by móc być sobą (w słabości lub w sile).
Zmiana może być cudowna.
Modlę się więc o najlepsze dla Ciebie.
- Valentina
Spojrzała po raz ostatni na jego postać – tego upadłego, smutnego, wypalającego się anioła i mimo że wiedziała, że jej nie słyszy, powiedziała:
- Bo właśnie to robię.
***
Ludzie na pewno pomyśleli, że jest niestabilna emocjonalnie, kiedy całą drogę w samolocie do Nowego Jorku płakała. Płakała w sposób tak niekobiecy, tak bardzo ujmujący klasie, że mogłaby znaleźć się na liście najbardziej żenujących obrazów wszech czasów. W drodze do domu poznała najgorszą rzecz, mogącą się przydarzyć człowiekowi. Nie była to śmierć, nie była to choroba. Po tylu latach życia odkryła, że najgorsza jest strata. Strata niosąca ze sobą piekło na ziemi, samotność, ból – nie tylko fizyczny, ale przede wszystkim psychiczny. Męczarnie, rozpacz. To wszystko było wynikiem straty.
Wydostała się z latającej maszyny na lotnisku Kennedy'ego i wyszła z ogromnej hali, padając na kolana. Nareszcie. Nareszcie była w Nowym Jorku, w swoim azylu, spokoju emocjonalnym. Płakała jeszcze bardziej, gdy ochrona zbierała ją z wejścia do lotniska i kazała „jak najszybciej wracać do domu”. Tylko że ona do końca nie widziała, czy istnieje jeszcze dom.
Wsiadła więc w taksówkę podając adres – wcale nie Old Fulton Street – i przez godzinę wpatrywała się życie za oknem. Życie, które wcale nie zatrzymało się wraz z jej odejściem, jak początkowo sadziła. Wszyscy funkcjonowali normalnie, bo nikt nie wiedział, że Valentina Lightburn istniała. Jak więc mieli przejąć się jej odejściem? Tego bezwartościowego, nic nie znaczącego, samotnego podmiotu ludzkiego?
Jechała autostradą, a za oknem przewijały się pojedyncze drzewa i szare bloki i tak przez całe Queens w którym rzeka była jeszcze brudniejsza, niż ją zapamiętała. Przymknęła na chwilę oczy. Znów rzeka. Ta nie śmierdziała na tyle, że Lightburn mogła uchylić okno i pobrać do płuc nowojorską woń. Potem mijała jakiś park, którego nazwy nie pamiętała. Droga szybkiego ruchu. Pojedyncze bloczki. Wjeżdżając głębiej obserwowała zmiany zachodzące na Bronxie: więcej pasażów, domów robotników, kilka nowych kamienic, nowe sklepiki. Pragnęła obserwować ten rozwój wraz z drogą do centrum dzielnicy, ale jej umysł płatał jej figle i odłączał ją co chwilę od rzeczywistości zawieszając gdzieś na granicy życia i tego, co po nim następuje. Poczuła mocne szturchnięcie.
- Jesteśmy na miejscu – powiedział taksówkarz. - Pięćdziesiąt pięć dolarów.
Valentina wpakowała wręcz dolary do jego ręki, dziękując w duchu Emmie, że przy wyjściu dała jej pieniądze na dojazd do mieszkania. Wysiadła z samochodu, wpatrując się w budynek rozciągający się przed nią.
Szara kamienica z plakietką na drzwiach głoszącą „do wyburzenia” nie różniła się wiele od innych kamienic na tej ulicy. Do wejścia prowadziła wnęka, do samych drzwi – drobne schodki. Ruszyła w ich kierunku, by jak najszybciej znaleźć się w środku budynku. Od pierwszego schodka dzielił ją zaledwie jeden krok, który szybko wykonała. Przejście, jak i wszystkie korytarze, było tak wąskie, że czuła się lekko osaczona, jakby ktoś zamknął ją w jakimś opakowaniu i nie chciał wypuścić. Chciała złapać się poręczy, ale jej nie było – jedynie wystające pręty świadczące o jej wcześniejszej obecności. Znalazłszy się na pierwszym piętrze i spoglądając ze starą pogardą na te wszystkie nieczynne widny, skręciła w lewo, by zatrzymać się przed drugimi drzwiami z tej samej strony – śnieżnobiałymi drzwiami – jedynymi, bez jakichkolwiek odznaczeń, numerków, nazwisk. Zupełnie jakby pokoje za nimi były zamieszkiwane przez kogoś nie z tego świata, kogoś innego od reszty, wyobcowanego w swej inności.
Valentina zapukała delikatnie, bojąc się zaburzyć brudnymi (Tylko od czego? Od wstydu?) dłońmi czystości i bieli drzwi.
Obserwowała, jakby poza sytuacją, stojąc zupełnie gdzieś indziej, jak szczupła dziewczyna otwiera drzwi ze znudzonym wyrazem twarzy, od razu budując kontakt wzrokowy. Po chwili ciszy powiedziała tylko jedno, tak bardzo prawdziwe i bolesne zdanie:
- Tak bardzo chciałabym powiedzieć, że żyjesz, Valentino.
Beysus Carter uniosła delikatnie lewy kącik ust do góry, przypominając Lightburn życie, które teraz – właśnie w tej chwili – wcale nie okazało się ani ostoją, ani jakimkolwiek wybawieniem. Jakimkolwiek.
----
szykują się zmiany #SOON

11 komentarzy:

  1. O matko, płaczę. Biedny Jared, biedna Valentina, co teraz będzie?
    Brak pomysłów w mojej głowie. Świetny rozdział, naprawdę. Masz ogromny talent, ale to pewnie ci mówią wszyscy. Cieszę się, że rozdziały sa dłuższe niż na początku. Ciekawa jestem co to za zmiany (i licze na to, że twoje #sonn nie trwa tak długo jak Jareda...) ogólnie jestem ciekawa jak to się wszystko dalej potoczy!
    Dużo weny, ściskam. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. jestem dosłownie stuprocentowo pewna, że nikt nie polubi beysus. beysus to śmieć.
    wróćmy jednak do początku, ważniejszy jest początek. chodźmy więc.
    zasmuciło mnie to, że dostrzegła w sobie człowieka, dopiero po nałożeniu maski ubrań i makijażu. istota valentiny nie jest przecież namacalna, ona nie jest materialnym bytem. lightburn to przecież dusza, charakter i poglądy. bohaterka to nie same ciuszki i szminka, czy związane włosy. niech ona to zrozumie, błagam cię.
    urzekło mnie użycie słowa "podmiot ludzki", nie przedmiot ludzki. nie chodziło mi tutaj, że ludzki to określenie właściciela podmiotu/przedmiotu, o którym zaraz będę się rozwodzić. nevermind.
    podmiot to nosiciel cechy, wykonawca czynności. przedmiot to byt podlegający działaniu. tym zlepkiem "podmiot ludzki" pogłaskałaś mnie po podniebieniu jak dobra czekolada, valentina pierwotnie była nadrzędnym czymś, nadrzędnym bytem. była ważniejsza, miało się o niej pisać książki.
    i właśnie się pisze.
    opis piosenki. udał się. w chuj. naprawdę nie wiem co napisać, bo z jednej strony chciałabym rzucić w ciebie kredensem, ponieważ nie wierzysz w swoje możliwości, a z drugiej rzucić tosterem, bo jestem zazdrosna o talent. spierdalaj, domczi.
    beysus carter. nie wierzę, że takie gówno znalazło się w cant control.

    yours truly, megs

    OdpowiedzUsuń
  3. Trzeba być szczerym z samym sobą,uważać o co się prosi, bo co jak okaże się że tak właściwie to nie tego chcieliśmy a wprost przeciwnie.
    Pozdrawiam
    -K.B.

    OdpowiedzUsuń
  4. Jejciu, smutno mi. Dlaczego ona odeszła od niego? W sumie Jared mógłby do niej przyjechać i powiedzieć----> Cześć, nadal jesteś moją żonką, więc wróć do mnie. Kocham cię.... Taaaa.... Lubię szczęśliwe zakończenia, a po końcówce rozdziału nie przewiduję happy endu, a wręcz odwrotnie. Tak właściwie, kto to ta cała Beysus? Nie kojarzę jej...
    Życzę weny.
    Z poważaniem,
    J.B
    Ps. Kiedy następny rozdział????? Już nie mogę się doczekać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Beysus jest VIP, a wzmianka o niej w rozdziale The Story (9).
      Nie wiem kiedy będzie kolejny, bo dopiero skończyłam ten. Cierpliwości :)

      Usuń
    2. Tak, wiem pisanie nie jest łatwe (wiem z własnego doświadczenia. A szczególnie jak ma się wiele innych obowiązków. Ja na przykład piszę zawsze na biologi, a od czasu do czasu też na innych lekcjach XD). Po prostu tak niesamowicie spodobało mi się to opowiadanie, że co chwila siadam przed laptopem i sprawdzam czy czegoś nie dodałaś... To się przeradza już w obsesje...
      Już sobie przypomniałam Beysus, nie lubię jej... A tak poza tym, co u ciebie? Jak ci mijają święta? I najważniejsze, będziesz na koncercie w Sopocie?
      Z poważaniem,
      J.B

      Usuń
    3. Dobrze, dobrze. Będę w Sopocie! :)
      A, i uwierz, piszę w każdej wolnej chwili.

      Usuń
  5. Kurde, to opowiadanie jest takie brudne, nie wiem, jak to określić, troche takie wyżerające dusze i zbrukane - co nie znaczy, że jest marne, co to to nie! Uwielbiam je i kurde, jestem ciekawa czy J będzie chciał się z nią spotkać, czy da jej już spokój.
    -Dlaczego mam wrażenie, że odchodzisz?
    -Bo właśnie to robię - kocham ten dialog.

    Śpiewający Dżarek jest megaśny, było to szalenie intensywne.
    love,

    OdpowiedzUsuń
  6. Cudowne opowiadanie . Takie inne niż wszystkie ♥

    OdpowiedzUsuń
  7. Jeżeli w zmianach chodziło o wygląd bloga, to muszę przyznać, że jestem pozytywnie zaskoczona!
    Super to teraz wygląda, naprawdę.
    Jeszcze raz weny, weny i jeszcze raz weny. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, bo trochę się nad szablonem napracowałam. :)

      Usuń