18.

Wtoczył się do pomieszczenia, mając z tym więcej problemów, niżby początkowo przypuszczał. Hotel, w którym mieszkał nie opiewał w luksusach, był mieszkalną formą pomieszczeń, bez zdobień, wzorów, projektantów od prezencji. Dlaczego więc nie mógł przedrzeć się przez hol? Nie sądził wcześniej, że nogi plączą mu się tak bardzo, by za jednym zamachem zadrzeć z personelem, jak i z uroczą blondynką z mieszkania obok. Po krótkiej chwili stwierdził jednak, że powinna uważać to za zaszczyt – dostać w twarz butelką od piwa, która niechcący wypadła z ręki samego Jareda Leto. Był pewien, że w życiu już nie przydarzy się jej taka sytuacja.
Uderzył ramieniem o komodę, która postanowiła zatorować mu przejście do kuchni swoim istnieniem. Był niemiłosiernie zły (i pijany), więc postanowił się zemścić i z całej siły uderzył w szafkę. Zdegustowanie nie osiągało końca, gdy szafka dała mu do zrozumienia, iż cios nic jej nie zrobił i nie zaszczyciła go nawet słowną odpowiedzią. Był jeszcze bardziej zły (i równie pijany), a ponieważ magiczna moc, której sam nie potrafił pojąć, ciągnęła go w stronę jego sypialni – z której, swoją drogą, nie korzystał, bo była zajęta przez kogoś innego – ruszył w tym kierunku, potykając się jedynie trzy razy. To o wiele mniej potyczek niż u normalnego nietrzeźwego człowieka, a o wiele więcej niż u Jareda od roku 2000.
Zapukał do drzwi, chichocząc przy tym jak mała dziewczynka. (W międzyczasie narodziła się u niego myśl, by zapuścić włosy do takiej długości, by móc upleść z nich warkocza i wyjść tak na czerwony dywan podczas rozdania ważnych nagród, na które by się oczywiście spóźnił). Potarł palcem oko, by rozjaśnić widzenie – w efekcie widział jedynie plamy, ku swojemu nieszczęściu – i wszedł do sypialni. Na wielkim, jak na ten hotel, łóżku spała ciemnowłosa dziewczyna, która teraz przypominała mu ducha.
- Śpisz i śpisz – powiedział równie zdenerwowany, co trzeźwy i podszedł bliżej. - Mogłabyś wreszcie oddać mi ten sweter, który ci dałem, ku mej wspaniałośn... - Pomrugał kilka razy, jakby miało mu to przywrócić poprawną wymowę. - Wspaniałomyślności – wycedził i uśmiechnął się zadowolony, iż udało mu się wypowiedzieć tak trudny wyraz. - Widzisz tę dziurę? - wskazał na rozdarcie w swetrze, ciągnące się pod szyją. - To przez ciebie. Rozdarłem ten sweter na Wielkim Murze Chińskim. - Uklęknął przed łóżkiem i szybkim ruchem odkrył twarz dziewczyny, zrzucając jej włosy z twarzy. - Muszę ci coś powiedzieć – pisnął. - Będziesz złaaaa. - Znów zachichotał. Ukrył twarz w dłoniach, by stłamsić głośny śmiech. - Jak ci to powiem, to mnie zaaaabijesz. Zabijesz. Za-bi-jesz – sylabizował i wymachiwał palcem, niczym profesor na wykładzie. - Zabijesz... Zabijasz.
Umilkł. Zabijasz.
Pewien płat w jego mózgu, ten odpowiedzialny za podświadomość, mówił mu, że nie powinien oskarżać w taki barbarzyński sposób dziewczyny, która nigdy nikogo nie zabiła.
- N-n-nie – wyszeptał. - Nie jesteś morderczynią, nie jesteś. To ja nim jestem. Ja! - ryk został stłamszony przez napływ wody do jego ust. Znów tonął. Płyń. Głos nie dosięgał jego uszu. Tonął. Zatapiał się w głębi oceanu. Płyń, Jared, płyń. - Nie! - krzyczał. W buzi czuł słony smak wody. - Nie, - Kevin, nie rób tego!
Mocne szarpnięcie.
- Kevin? Jaki, kurwa, Kevin? To ja, Shannon! - mocno pociągnął go za ramię. - A ty, ty durniu, zrzuciłeś na siebie wazon z wodą. Jared, ty...
Ślepy wzrok, jaki Jared wlepiał w Shannona, przyprawiał go o ból w żołądku.
- Chodź, chodź... Zaprowadzę cię do łóżka.
- Shannon, Boże... Jestem śmieciem.
- Nie jesteś. W przeciwnym razie już dawno bym cię sprzątnął. No chodź.
***
Lekarz wyglądał na takiego, który wziąłby tylko dwieście dolarów, za operację na szefie mafii w piwnicy pod bankiem, który chwilę wcześniej został przez ów mafioza obrabowany. Shannonowi odpowiadało to bardziej, niż podwójne latte w towarzystwie uroczej blondynki spod dwójki. Nie wiedział dlaczego, ale tego ranka na jego widok uciekła do pokoju i trzasnęła drzwiami. Jedyne, co zdążył zobaczyć to duży siniak pod jej prawym okiem. Może jej mąż ją bił?
- Tak jak wcześniej mówiłem, dziewczyna powinna dzisiaj się wybudzić – powiedział lekarz, wychodząc z wcześniej-Jaredowej-ale-teraz-szpitalnej sypialni. - Jestem śmiało przekonany, że można to nazwać medycznym cudem. - Uśmiechnął się. Jego łysina zaświeciła w świetle słońca wschodzącego za oknem. - A z tego co wiem, cuda są bezcenne.
- Z tego co wiem, pan jedynie utrzymywał ją przy życiu – odparł Shannon z pogardą. - Jej organizmowi powinienem wypłacić skarby świata. Panu natomiast, panie Green, wystawię jedynie czek.
- Odpowiada mi taka kolejność. - Przeczesał niewidzialną grzywkę i poprawił biały kilt. Shannon w myślach podskakiwał z radości ze swojego geniuszu: znalazł amerykańskiego lekarza w Chińskiej Republice Ludowej i jeszcze na dodatek takiego, który za pięć dolców sprzeda duszę diabłu. - Proszę jedynie pamiętać, że pani...Eee...
- Nazwisko nie ma nic do rzeczy.
- No więc, pańska przyjaciółka nie powinna teraz, ani w najbliższej przyszłości, brać żadnych leków. Jej organizm jest wycieńczony. Proszę o tym pamiętać. - Na nos założył okulary grubości lodu na Syberii. - Jeśli mogę spytać... Co doprowadziło do takiego stanu? Mogę pożyczyć panu broszurę o przemocy w rodzinie i polecić dobrego psychologa.
- Proszę? - Shannon przygryzł wargę, by poskromić napływający do ust rechot. - Ja płacę, a pan nie pyta. - Spoważniał. - I nie, to nie przemoc. Proszę dobrego psychologa odwiedzić samemu.
- Ja...
- Wydaję mi się, że skończyliśmy rozmawiać – Shannon podniósł się ze stołka kuchennego, na którym siedział i wcisnął między dłonie doktora Green czek. - Do widzenia.
- Do widzenia – powiedział lekarz i ruszył w stronę drzwi. - A, i jeszcze jedno!
Shannon obrócił głowę w jego stronę ze znudzeniem.
- Pańska przyjaciółka może mieć poważne... problemy natury psychicznej. Może jednak podam panu numer...
- Nie. Nie, dziękuję.
- Jest pan pewien?
- Niczego nie jestem pewien, panie Green. Niczego.
***
Pierwsze co poczuła, to miękkość.
Z każdej strony otaczała ją nieziemska miękkość.
Nie pamiętała, kiedy ostatni raz materiał spod jej ciała nie wbijał się w nią niczym ostrze, trąc i niszcząc jej wrażliwą skórę. Teraz czuła błogość. Błogość i zmęczenie.
Nie otwierając oczu poruszyła dłonią. Palec drgnął pod jej rozkazem, przez co wypuściła powietrze z płuc, zatrzymywane w sobie w obawie, że umarła.
Nie umarła.
Czuła miękkość prześcieradła pod jej dłonią, materaca pod jej ciałem. Balansowała na granicy jawy i snu, bawiąc się w chowanego z własną świadomością.
Podniosła rękę. Czynność ta sprawiła jej więcej bólu, niż cokolwiek innego w życiu. Pojedyncze eksplozje w mięśniach, rażenia prądu na skórze i uczucie, jakby na nadgarstku zawisł pięćdziesięciokilogramowy ciężarek było niczym w obliczu tego, co czuła. Chciała wyrwać ramię i odrzucić je gdzieś w kąt, byleby przestało boleć. Podniosła powieki próbując odnaleźć źródło krzywd. To, co zobaczyła wyrwało ją ze snu.
Leżała na hotelowym łóżku, otoczona białą pościelą. Pokój utrzymany był w ponurych barwach, pomieszczenie nie posiadało barokowych zdobień – wręcz przeciwnie, było nad wyraz surowo. Po jej prawej stronie, jako źródło światła, znajdowało się okno. Słońce, przedzierające się przez wyblakłe zasłony, idealnie oświetlało całą jej zmasakrowaną postać.
Valentina nie mogła uwierzyć, że tak właśnie wygląda. Jej ciało pokryte było różnymi odcieniami szarości, nie pozostawiając miejsca na alabastrową barwę skóry. Co kilka centymetrów natomiast, rozmieszczone były siniaki. Kolorem przypominały kałuże na ulicy, na które wylała się benzyna – połączenie niebieskości, żółcieni i czerwieni w miejscach, gdzie rany nadal się nie zagoiły. Nogi przypominały dwa konary, które odpadły od młodego drzewa, ponieważ były chore. To nie była ona.
Nie ona – tancerka, baletnica, osoba pełna pasji i marzeń. Nawet nie ona z Chin. Nawet nie ta, która była więziona w szpitalu psychiatrycznym. To nie była ona. To nie była Valentina Lightburn. To była chora kreacja w którą ubrało ją życie. To była żyjąca śmierć.
Przyjrzała się bliżej swoim dłoniom. Był względnie czyste, ale pod paznokciami kryły się resztki zaschniętej krwi. Kto ją umył? Spojrzała na swoje ciało jeszcze raz. Miała na sobie męskie bokserki i niebieski sweter, który swoją niekompletność ukazywał w ogromnym rozdarciu na szyi. Kto ją ubrał? Mimo że podświadomość słodko śpiewała to imię, a zdrowy rozsądek recytował je przez cały czas, nie potrafiła uwierzyć, iż mógłby to być on. Cały czas miała przed oczami sny, które ją nawiedziły zaraz po tym, gdy wszystko zapłonęło czerwienią – Jared niosący ją na rękach, Jared sprawdzający, czy wszystko z nią dobrze, Jared dbający o nią, myjący ją. Ale to były tylko sny, gorzkie urojenia, które właśnie tym różnią się od życia, że nie są prawdziwe.
Usłyszała kroki. Mocne stąpanie ciężkich butów. Czuła jak wielka dłoń strachu zaciska się na jej żołądku. Położyła się szybko i zamknęła oczy, by nie wydać się przed nicością, iż wcale nie śpi.
Otwieranie drzwi i ruch. Stuknięcia klawiatury. Tyle słyszała. Ryzykując – podniosła lekko powieki, by obserwować wszystko spod kotary rzęs.
Postać stojąca do niej bokiem posiadała pięknie wyrzeźbione ramiona. Słońce okalało jej profil, ukazując ją niczym anioła. Ją a raczej jego, gdyż domniemany anioł był mężczyzną. Mogła mu się spokojnie przyjrzeć, więc upajała się tą chwilą.
Posiadał w sobie tak wiele sprzeczności.
Mocno zarysowana szczęka wcale nie kłóciła się jednak z wręcz modelowymi kośćmi policzkowymi. Wręcz przeciwnie – dodawała jego twarzy nieco surowości, przez co nie wyglądał jak dziecko. Nie widziała go długo, prawie miesiąc, nie zdziwił ją więc lekki zarost na jego twarzy. Nie zmienił się jednak zbyt wiele – jego nos nadal był idealnie zadarty, a oczy podwęglone ciemnymi cieniami, nadając mu tym samym miano księcia ciemności i posiadacza kobiecych serc. Nie była przeciwna tej opinii. Gdzieś w głowie widziała postać Jareda w pomieszczeniu ozdobionym jedynie gablotami z ludzkim sercem w każdej z nich, szczerzącą się do swojego odbicia, żyjącą na własną rękę i troszczącą się tylko i wyłącznie o siebie samego, a teraz stojącego przed nią – nieświadomego, że ktoś go obserwuje.
Pisał wiadomość na swoim BlackBerry, a z jego twarzy można było odczytać zdenerwowanie, przez które zaczął przygryzać paznokieć lewej ręki. Widziała wszystko, nawet to, jak pomalowaną płytkę wciska między dwa zęby sycząc przy tym z bólu. Zachichotała, sama nie widząc dlaczego. Zabolało ją wszystko, nawet serce.
- Co do... - odwrócił się tak, iż stał tyłem do słońca, które teraz sprawiło, że nie widziała go wcale – jedynie czarną formę ludzką.
- Lubisz tak robić? - spytała jakby nigdy nic. Nie chciała, nie chciała pytać go, dlaczego ostatnim razem prawie ją poddusił i dlaczego, tak właściwie, w ogóle ją pocałował. Dlaczego zostawił. Nie chciała pytać go o nic. Chciała po prostu porozmawiać o niczym z kimś, kto nie pragnął wsadzić w jej serce noża bądź jakiegokolwiek innego przedmiotu o zaostrzonych końcach. - To znaczy... sprawiać, by z dziąseł leciała ci krew. Lubisz zadawać sobie ból?
- Nie wiem. - Dźwięk rezonował w jej wnętrzu, jakby ktoś otworzył filharmonię w jej płucach. Niski, zachrypnięty i pełen zagęszczonego seksu – tak właśnie brzmiał głos Jareda Leto. Znów poczuła ból w brzuchu, tym razem ze złości. Znów była na niego wściekła za to, że po prostu był. - Możesz mi powiedzie...
- Ja na przykład mam taki punkt – powiedziała, nie pozwalając mu skończyć. Czuła się niezmiernie słaba i krucha, jakby ktoś obdarł ją ze skóry i pozostawił na działanie żywiołów. Jedynie słowa były tarczą. Pragnęła mówić cokolwiek, byleby się nie rozpłakać jak dziecko, którym nie była i nie zabić się jak tchórz, którym nie chciała być. - Na prawej brwi – kontynuowała. - Gdy przeczeszę palcem brwi pod włos, w jednym miejscu mnie to boli. To jest dziwny ból, wiesz? Nigdzie indziej go nie odczuwam. Zawszę gniotę to miejsce, by bolało jeszcze bardziej. Nigdy nie wiedziałam dlaczego to robię, ale chyba już wiem.
- Nie, nie mów dlaczego – poraził ją chłodem swojego głosu, jednocześnie podchodząc bliżej niej i siadając na skraju jej łóżka. - Nic się nie zmieniło. Nadal jesteś moją zagadką. Nic mi nie mów, sam chcę się dowiedzieć dlaczego. - W jego głosie czaiło się coś mrocznego, coś mroczniejszego niż nawet w oczach. Coś, co sprawiło, iż chciała go uderzyć w geście samoobrony wiedząc, że w przeciwnym razie on ją postrzeli.
Jego dłoń natychmiast znalazła się na jej twarzy, pojawiając się tam znikąd. Ręce muzyka były szorstkie od gry na gitarze i właśnie ta szorstkość sprawiała, iż jej skóra odbierała każdy bodziec wysyłany z jego strony. Raził ją prąd, mocno i brutalnie, a Jared zwiększał męczarnie, przesuwając dłoń na jej oko. Opuszkami palców gładził jej powiekę, nagle zainteresowany jej anatomią. Intymność, która pojawiła się w tym dotyku była wręcz namacalna. Była pewna, iż mogłaby wyciągnąć rękę w górę i nabrać trochę jej gęstości. Przesunął palcem wzdłuż jej brwi, pod włos. W jednej chwili jej świat zamknął się w skrzynce dziwnego bólu. Zadrżała i wygięła plecy w łuk przyjmując to dziwne, ale wyzwalające uczucie w chwili, kiedy ich wargi złączyły się w pocałunku.
Gdyby przyrównać ich pierwszy pocałunek do miny, ten byłby bombą biologiczną, niszczącą miasta i ludzi; pozostawiającą za sobą ciemność i mrok. Dwa gniewne smoki postawione w jednej bitwie, ogień i piorun, sztorm i huragan – tym byli.
Czuła jego oddech na swoich wargach, ciepły i słodki. Delektowała się smakiem jego ust, tak bardzo pełnych pod jej naciskiem, tak bardzo pewnych w swoich poczynaniach. Chciała go całego, chciała go posiadać na własność, sama nie wiedząc po co.
- Kochanie, przeze mnie stracisz wszystko – powiedział między pocałunkami, dusząc się zapachem namiętności rozprzestrzenionej w powietrzu. Przydusił ją mocniej, kładąc brutalnie na łóżku, wbijając się w jej bok całym swoim ciałem. Nie okazywał delikatności, opieki, troski. Był ludzką pochodnią żarzącą się pożądaniem. Mokrymi pocałunkami znaczył jej usta, oczy, nos, szyję, gładząc ją przy tym językiem. Czuła ból w każdej komórce swego ciała, ale nie potrafiła przestać. Chciała go bliżej, bliżej, i bliżej. I jeszcze trochę. Bliżej.
Jego dłonie znalazły się gdzieś między jej wdechem a wydechem, gdy nagle poczuła piekący ból nigdzie indziej, niż w sercu. Nie widziała już Jareda, nie widziała jego błękitnych oczu, nie widziała jego płonących włosów. Stała sama w pomieszczeniu, patrząc przez okno na plac z magnolią rosnącą na samym jego środku. Dotykał ją. Jego dłonie błądziły wzdłuż linii jej bioder, zarzuciły jej nogi na jego biodra. Czuła jego uśmiech w zagłębieniu swojej szyi. Obleśny uśmiech, który wywoływał u niej odruch wymiotny. Chciała się uwolnić, wyrwać z sieci, będąc martwą rybą.
- Przestań! - usłyszała swój głos gdzieś poza światem w którym przebywała. - Przestań, Wolfdern, przestań! - Nie wiedziała kiedy, to raczej dźwięk cichego łkania uświadomił ją, iż rzewnie płacze.
Otworzyła oczy, by zobaczyć najbardziej zmartwiony wzrok we wszechświecie.
Jared natychmiast się od niej odsunął, podchodząc pod drzwi jej pokoju, chowając w najdalszym cieniu, jakby próbował ukryć się przed samym sobą.
- Nie... Nie jestem Wolfdern – wykrztusił, dławiąc się słowami. - Jego już nie ma, Val. Jest w Londynie, dobrze to wiem. Wiem, bo wynająłem człowieka, który go tam pilnuje i codziennie wysyła mi raporty. Ja... nie mógłbym pozostać w nieświadomości. - Czekał aż coś powie, ale ona tylko milczała, lustrując kilkakrotnie jego postać skrytą w cieniu. - Powiedz. Coś.
- Co mam ci powiedzieć? - spytała, wycierając twarz w rękaw bluzy w najbardziej niekobiecy sposób, jaki został zarejestrowany przez człowieka. - Że ja...
- Ty nigdy... - Wstrzymał oddech. - Przed Wolfdernem nie było nikogo...
- Nie, nie było. Ja... Mogę wziąć prysznic? Czuję się brudna. - Ton jej głosu był błagalny.
- Duszy w ten sposób nie wyczyścisz, Val. - Odwrócił się. - Ale tak, tutaj jest prysznic. - Wskazał palcem na białe drzwi po lewej stronie pokoju. - Gdy wyjdziesz, będziemy musieli porozmawiać.
Powoli wytoczyła się z łóżka, czując przy tym ataki spazmów na każdym kroku. Była bardziej poszkodowana, niż początkowo sądziła.
- Pomóc ci? - zapytał. Minę miał jednak taką, jakby chciał uciec, zniesmaczenie malowało się na nim, niczym obraz.
- Nie, dam radę.

Woda wcale nie koiła jej bólu. Specjalnie ustawiła gorący strumień, by podrażniał jej rany. Wszechogarniające szczypanie i coś w rodzaju rozpadania się na kawałki – właśnie to czuła. Mimo wszystko było to jedynym, czego pragnęła. Sama się krzywdziła, ale wiedziała, że nie bez powodu. Zrozumiała to niedawno, że jedynym sposobem na to, by udowodnić sobie, że jest ona wolna, było zadawanie sobie bólu. Krzywdziła się, bo miała na to ochotę, a nie dlatego, że ktoś inny chciał jej to zrobić. Kontrolowała proces umierania, nie ktoś inny – nie Floter, ani nikt inny. Była wolna i ból ją w tym uświadamiał. Tylko to trzymało ją przy życiu – świadomość kontroli nad własnym ciałem.
Ubrała się z powrotem w błękitny sweter który, jak sobie przypomniała, został uszkodzony przez Jareda – bo to był jego sweter – podczas ich wycieczki po Wielkim Murze Chińskim. To wtedy pokazał jej wolność, teraz jej ją ofiarował. Nie widziała dokładnie co się stało, jak się tu znalazła, ale pierwszy raz nie chciała nic wiedzieć. Chciała jedynie upajać się żywym tlenem i podzielić się tą świadomością z Clary.
Wyszła z łazienki, czując jak podłoga osuwa się jej spod nóg. Złapała się drzwi, kładąc mocny nacisk na chwyt klamki.
- Więc o czym chciałeś rozmawiać? – zapytała postać stojącą do niej tyłem. Znów stał pod oknem, tym razem obserwując to, co działo się za szybą. - Tylko nie twórz legend, po prostu powiedz. Jestem zmęczona.
Widziała jego szybki oddech. Napięte łopatki.
- Naprawdę? - Fuknął z sarkazmem. - Tak po prostu? - Odwrócił się w jej stronę, lustrując ją wzrokiem. Jego oczy były w tamtej chwili pożeraczami pewności siebie i świadomości własnej wartości. - Jeśli chcesz wiedzieć, to musisz zostać moją żoną.

3 komentarze:

  1. nie wiem co robić ze sobą.

    jezusie, nie wiem ale kocham ten rozdział.

    OdpowiedzUsuń
  2. mam ochotę napisać "bombastycznie", ale to prędzej wywoła salwę śmiechu, niż niemal natychmiastowe zauważenie, że to było ironiczne.
    nie, nie mówię, że rozdział nie jest cudowny, po prostu przeczytałam dwa komentarze pod nim i myślałam, że zabiję się słoiczkiem bobovity stojącym obok mojego laptopa. ludzie, zacznijcie używać języka polskiego.

    rozdział. domczi, czasem się zastanawiam co ja właściwie źle robię. czas rzucić te gówna, które pisałam, naprawdę.
    mam w sumie dziwne uczucia co do tego rozdziału. zgubiłam się na jego początku, nie wiedziałam czy to, co czytam, było wytworem mojej wyobraźni i dopowiadam sobie jego uczucia. byłam zmuszona przeczytać fragment kilkanaście razy. nie żałuję.
    tym razem jestem zakochana w valentinie, odsunęłam od siebie jareda i objęłam val niczym matka. nie potrafię tego inaczej przedstawić. mam wrażenie, że celowo mną (*coughs* egoistka) manipulujesz, bawisz się moją uwagą i popychasz mnie w kierunku wybranych przez ciebie sytuacji czy też momentów. no cóż, twoje opowiadanie - rób, co chcesz. będę uległa.

    yours truly, megs

    OdpowiedzUsuń