17.

Zlustrowała pomieszczenie. Było kompletnie czarne – czarne ściany i podłogi, nawet sufit.
-  Mów, szmato – wykrzyczał jej nad głową. Już wiedziała, skąd zna ten głos. Ten sam głos, który omawiał z Floter plany pozbawienia Valentiny życia. Gabriel. 
- Nie nazywaj mnie tak. Jestem... - zawahała się, bo poczuła mdłości. Silnym odruchem zwymiotowała krwią na czerń znajdującą się wokół niej. Obtarła twarz ręką. - Jestem... Clary.
- Och, tak. Clarissa Hob. - Syczał niczym wąż, przeciągając każdą samogłoskę. Wyglądał jak wyciągnięty z horroru. Jego złote włosy były mokre od potu i błota, oczy – wściekle niebieskie. To były oczy szaleńca. - Ty. Ty i ten mały chińczyk z ósemki. Oboje myślicie, że świat jest cudownie poukładany, a my, jak klocki, dopasowujemy się do niego, tworząc udaną wieżę. Żyjesz w bańce. - Przesunął się bliżej niej, ukucnął i przeczesał palcami jej sklejone od krwi włosy. - Więc jeśli nie chcesz, żeby twoja bańka pękła mów, co zrobiłaś z teczką. 
- Więc powiedz mi, co chcesz zrobić Valentine. 
Jej słowa oparte były na mocnych fundamentach pewności siebie i frustracji, których u Clary jeszcze nikt nie słyszał. Czuła krew spływającą po jej czole, okalającą policzek, opływającą wzdłuż dolnej wargi by skapywać na czarne płytki, które tak bardzo ofiarowały jej zimno. 
- Ja? - spytał szeptem i pogłaskał ją po policzku. Gdy odwróciła twarz, natychmiast zawarczał, złapał ją pod brodę i odwrócił w swoją stronę. - Chyba nic. Aktualnie nie widzę w tym żadnych korzyści. To znaczy, aktualnie. 
- Floter? 
- Teczka? - Wbił paznokcie w jej policzki. Każda kropla potu pojawiająca się na jego czole zwiastowała nasiloną agresję. - Gdzie jest? 
- N-nie wiem. 
Cios. Mocne uderzenie pięścią w brzuch przybiło ją do ściany. Krew wypływała z jej ust niczym woda. Słyszała wulgaryzmy wytaczające się z armaty jego ust. Gdzieś tam, w dalekiej głębi tliło się światło. Nie bała się go. Biel była ciepła i dobra, miła i bezpieczna. Czysta. Kochająca. Biała jak śmierć. 
Nareszcie jednak się nie bała. 
***
Przedarła się przez długie, kręte korytarze. Kopnięciem wyważyła drzwi i wybiegła na świeże powietrze. Jak najszybciej ruszyła w stronę bramy, by raz na zawsze pożegnać to miejsce wraz z towarzyszącym mu bólem i cierpieniem. Wybiegła na pustą drogę, dusząc się świeżością powietrza i wolnością napełniającą jej płuca. 
Ale tylko w marzeniach. 
Prawda była taka, iż Valentina stała się odwodnionym, zatrutym, zmęczonym cieniem. Bez jakichkolwiek szans na ucieczkę, na bezpieczne wyjście. Pragnęła biec, ale to jej duch wyprzedzał ciało, a że nie mógł się oddzielić się od mięsa i kości, upadł razem z nią w zupełnie obcym miejscu. Nie potrafiła nawet płakać. Skuliła się w kłębek żalu i strachu, chowając twarz w dłoniach mokrych od krwi płynącej z nadgarstków. Nie potrafiła już walczyć. Nie miała siły. Wzrokiem próbowała odczytać otoczenie. Siedziała pod drzwiami do jakiegoś pomieszczenia, napierało od nich ciepło. Nieoświetlone wnętrze podziemi szpitala sprawiło, że nie widziała nawet skąd przyszła. Wszędzie otaczał ją odór zgnilizny i wilgoci, drażniąc jej nozdrza. Zatoki przeistaczały się w realny, namacalny synonim cierpienia. Gdy usłyszała kroki, tak bardzo jej znajome, omal nie zakrztusiła się łkaniem. Suchym, bezłzowym łkaniem. Nie podniosła wzroku, nawet wtedy, gdy poczuła, że Floter wkopuje ją do pomieszczenia za jej plecami. Wpadła do środka i próbowała się podnieść na nogi. Trzęsąc się, oparła się na łokciach – również krwawiących, gdyż to na nie upadła – i próbowała się podnieść. Ostry cios w brzuch zwalił ją jednak z nóg tak, iż jej usta krwawo całowały cementową podłogę. Dominującą postawą Floter przypominała jej drapieżnika – groźnego, a jednak zbyt niewyżytego, by nazwać go ludzkim. 
- Nie masz prawa istnieć – oświadczyła. Jej głos był mocniejszy i bardziej wrogi, niż ciosy, które zadawała Valentinie. Lightburn przymknęła oczy, nie mogąc dłużej patrzeć. I nawet w tej cholernej, ostatniej sekundzie, widziała twarz nikogo innego, jak Jego. Miała ochotę spoliczkować jego obraz, bo uważała, że nawiedzanie jej to przesada, a zdecydowanie przesadą było robienie tego na łożu jej śmierci. Twarz ta przypomniała jej jednak, że nie wszystkie sytuacje w jej życiu zostały wyjaśnione, że nie wszystko zdążyła już zrozumieć. Stanowczo wymazała twarz spod swoich powiek używając przy tym ścierki nasączonej krwią i smutkiem. Zeszło, jak nigdy. Poczęła podnosić się na łokcie, by zbadać otoczenie. Nie słyszała już słów Floter, które rozchodziły się w jej głowie uderzając o niewidzialną zbroję, w którą się uzbroiła sama nie wiedząc czemu.
 Była w kotłowni. Brudnej od sadzy i węgla, utrzymanej w matowym, zapewne od kurzu, barwach. Nie było w niej świetlika, czy jakiejkolwiek innej szczeliny przepuszczającej światło. Beznadziejne porównała to pomieszczenie do swojej duszy. 
Poczuła mocny ucisk w żołądku – Floter wykonała na nią skok niczym zawodowy wojownik i Valentina zaczęła się zastanawiać, czy ta kobieta nie jest czasami trenującym w ciemności ninją. Nie zamierzała się jednak do niej odzywać. Penetrowała wzrokiem całą okolicę, by znaleźć coś, czym mogłaby się zasłonić lub obronić, ale o tym drugim nawet nie ośmieliła marzyć. 
- Odwróć się. - Usłyszała za plecami. Przekręciła się na plecy, by móc spojrzeć na Floter, będącą w drugim końcu pokoju, z wesołością na twarzy trzymającą w dłoniach siekierę. - Widzisz te rury? - zapytała. W oczach szalały jej wściekłość i ogień. - Gdy je przetnę, wydostanie się z nich gaz. Gaz, którym się udusisz, gdy wyjdę z tego pokoju i zamknę go na klucz. - Z ust ciekła jej ślina, niczym u wściekniętego psa. Do oczu napływały Valentinie łzy, które jednak nie chciały udać się w podróż po jej twarzy, ale tkwiły w stałym punkcie, zamazując jej obraz. 
- Myślałam, że zabijesz mnie sama – wykrztusiła przez zęby. - I chociaż powiesz mi, za co to robisz – kontynuowała, nie słysząc odpowiedzi ze strony Floter. Znów zbadała pomieszczenie, tym razem drugą jego stronę. Obok pieca stała masa gazet, zapewne do rozpalenia ognia, a obok nich przyrządy do jego rozniecenia – zapałki, zapalniczki i inne. - Przysięgam na Boga, że złamię ci serce. Rozerwę na kawałki i rozsypię je wokół – powiedziała szeptem, sama nie wiedząc czemu. 
Już dawno zwątpiła w istnienie Boga, teraz jednak rozumiała, że ta mała cząstka w niej - ta, która zawsze w niej była – wierzy, bez tego byłaby już martwa. Ta mała cząstka wierzyła, bo było to jedyne, co jej pozostało. Jedynie to wydawało jej się czymkolwiek co mogłaby mieć. Bo gdy nie miała już na kogo się złościć, złościła się na Boga, mówiła do niego. Mówiła, jak bardzo ją krzywdzi i jak bardzo ona go za to nienawidzi. I mimo że nie wiedziała, czy to naprawdę nienawiść, czy obarczanie bólem kogoś innego, to było jednak czymś w rodzaju chorej modlitwy, wyrazem wiary w pewien sposób i przypomnieniem życia, które miała kiedyś i bezpowrotnie straciła. 
- Nic nie wiesz, nic. - Floter posłała jej tak szaleńcze spojrzenie, że Valentina miała ochotę zamknąć oczy. Wzrok kobiety był czymś w rodzaju fajerwerków – eksplodował w miliony barw a każda z nich była inną cechą, tak bardzo w niej bogatą – nienawiścią, wściekłością i czystym złem. 
- Przysięgam na Boga... - zaczęła Lightburn, ale zobaczyła, że Floter odwróciła się, by szybkim ruchem pozbawić rury za nią nierozerwalności. I znów czas stanął. Ręka Floter ruszała się bez prędkości, tkwiąc w stałym punkcie. Gaz wyciekał bez rezultatu, bo ta chwila w głowie Valentiny trwałą wieczność. Nim starsza kobieta emanująca złem zdążyła choćby się odwrócić, Lightburn podniosła się na nogi, czując przy tym, jak każda kość w jej ciele łamie się na kawałki bądź rozpada, zależnie od położenia. Nie było już nic, w co mogłaby wątpić i nie było już nic, czego mogłaby się bać. W obliczu walki o życie nie myślimy racjonalnie i nie martwimy się rzeczami, które w normalnym funkcjonowaniu wydają nam się nieziemsko ważne – ubiór, fryzura, czy też prezencja przed innymi, aby nikt nie zrobił nam wstydu, lub żebyśmy sami sobie go nie przynieśli. Prawdę mówiąc, te rzeczy nie liczą się wcale i liczyć się nie powinny, mimo że tak niewielu to rozumie, i potrafi odczytać, że rzecz jest tylko po to, przy udogodnić nam życie, a nie je przysłonić. 
Biegnąc miała to wszystko przed oczami: walkę o dobrą figurę, gdy jeszcze była „normalna”, kupowanie drogich ubrać, by była lubiana i przede wszystkim poświęcanie całego życia pasji, mimo że nic nie przynosiło jej tyle bólu, co to. I w tej beznadziejnej chwili, dobiegając do stosu z gazetami, postanowiła sobie, że jeżeli przeżyje to już nigdy nie zrobi czegoś przeciwko sobie, że będzie żyć tylko dla siebie. I że pomoże jeszcze Clary, że ją znajdzie i obie stąd uciekną. Uciekną i nie wrócą. 
Uklęknęła przed stosem i złapała pudełko, w którym pełno było zapalniczek. Nie patrzyła na Floter, nie patrzyła na nic, tylko odpaliła tą cholerną zapalniczkę i zamachując się mocno, cisnęła nią w postać stojącą obok wyciekającego gazu, który zapewne zdążył już roznieść się po większości pomieszczenia. 
Ostanie, co zobaczyła, to ogromny grzyb zbudowany z ognia, gdy w jej głowie brzmiała muzyka rozrywania się budynku na pół. 
***
Trzy dni. Tyle zajęło mu odczytanie teczki, załatwienie dość podatnego na pieniądze prawnika, który zajmował się też podrabianiem dokumentów i spakowanie siebie i Shannona (oraz wpakowanie go do samolotu, kopiąc co jakiś czas w tyłek, by się pośpieszył i nie przedłużał pobytu na lotniku tylko dlatego, że zamówił sobie podwójne espresso, co mało interesowało Jareda w tamtej chwili). Był gotowy na wszystko. A mimo to czuł, że się spóźnił. 
Idąc wzdłuż znanych mu już korytarzy czuł narastającą w żyłach panikę. Zacisnął pięści, a przed oczami znów odmalował się obraz pliku kartek, które studiował już tyle razy, że znał je na pamięć. 
„VALENTINA CELINE LIGHTBURN UR. 15 XII 1983 ROKU W NOWYM JORKU 
PŁEĆ: KOBIETA 
WAGA: 58 KG 55 KG 51 KG 45 KG” 
Czterdzieści pięć kilogramów. Tylko czterdzieści pięć kilogramów. Czterdzieści pięć. Widział przed oczami chudą postać, tańczącą obok niego w jego snach. Nigdy nie była aż tak chuda. Nigdy nie spodziewał się, że może ważyć tylko czterdzieści pięć kilogramów. Ta sama dziewczyna, która z podniesioną głową nie chciała, by zaniesiono ją do samochodu, gdy mdlała na planie zdjęciowym do teledysku, ta sama, która pytała go dwa razy o wiek, bo nawet nie pamiętała pierwszego razu. Bo była naćpana. Bo nie grała fair. Dopiero teraz Jared spostrzegł, że w tych walkach był trzeci zawodnik, który oszukiwał cały czas. 
„23 PAŹDZIERNIK 2006 – PODANO WSZYSTKIE MOŻLIWE LEKI, PACJENTKA NADAL ŻYJE” a pod tym słodkie pismo, pełne zawijasów: „Wykończę ją własnymi rękami”. 
Usłyszał krzyk, który rozrywał serce. Krzyk mocny, ale jednocześnie słabnący z każdą sekundą. Był pewien, że w uszach rozbrzmiewa mu piosenka śmierci, smutne requiem wydobywane z kobiecych ust. 
Wpadł w pierwsze drzwi, jakie pojawiły się w jego zasięgu. Pomieszczenie było całe czarne. Bez świateł, lamp, okien. Po drugiej jego stronie były otwarte drzwi, jakby ktoś chwilę wcześniej nimi uciekał. Względną czystość pokoju zakłócała krew, będąca teraz pod jego nogami. Tworzyła ścieżkę prowadzącą do najmniej oświetlonej części ciemnego pomieszczenia. Czuł nieprzyjemny zapach wymiocin i czegoś jeszcze, jakby w powietrzu unosił się odór bólu. Nie chciał się wycofywać, zwłaszcza, gdy zobaczył skuloną postać o ciemnych włosach, z której czoła ciekła krew. Czuł w żyłach mrożenie. Jak wtedy, pod wodą. Gdy zimno nie wydobywało się tylko z otchłani, ale i od innego ciała. Dobry Boże, możesz ostrzyć swój nóż. Podbiegł do ukrytej w warstwie krwi osoby i szybkim ruchem zbadał jej tętno. Brak. Zimno wydobywające się z ciała przenosiło go do zupełnie innego, równie obcego miejsca. Powiem ci swoje grzechy, więc możesz ostrzyć swój nóż. Zabiłem. 
Czuł, jak powoli traci grunt pod nogami, jak opada i unosi się tylko jego klatka piersiowa, a on jest zupełnie gdzieś indziej, daleko od Chin, od szpitala i całego tego syfu, który znów był wynikiem jego działań. 
„DZIŚ PRZYŁAPAŁAM, JAK CAŁUJE SIĘ Z MUZYKIEM. MAM POWÓD, BY ZAMKNĄĆ JĄ W PIWNICY. ZA NIEPOSŁUSZEŃSTWO. JEST MOJA. A PANU, PANIE LETO, OGROMNIE DZIĘKUJĘ” a pod tym lista leków i płynów, które przez parę dni Floter podawała Valentinie, wliczając w to małą dawkę trutki na szczury i innych środków, których człowiek nigdy nie powinien mieć w swoim przełyku. 
- Przepraszam – wyszeptał sam nie widząc do kogo. Leżał na plecach, patrząc w sufit. - Nigdy nie mogłaś mnie słyszeć. Nigdy ci na to nie pozwalałem. Nie musiałem mówić. Ale ty mnie słyszałaś. Czułaś to, co ja wcześniej czułem. Patrzyłem na ciebie, jakbym cię znał. Znał te słowa, których nigdy nie wypowiedziałaś. - Zamilkł. Słyszał płytkość swojego oddechu. I nigdy już nie wypowiesz cisnęło mu się na usta, ale nie potrafił tego wypowiedzieć na głos. - Masz piękne imię. To drugie również. - Czuł, jak owija się niczym nitka wokół palca szaleństwa. - Jesteś piękna. - Nigdy tak bardzo nie akcentował słowa „Jesteś”, ale wypierał z głowy myśli, że to właśnie Valentina leży przed nim, wyraźnie martwa, powoli zastygając i odchodząc gdzieś daleko, w przestrzeń której nigdy nie rozumiał. - Jesteś piękna. - Powtórzył w spazmatycznym geście i poniósł się, by jeszcze raz na nią spojrzeć. - Piękna. - Podkreślił znowu i uklęknął przed martwą kobietą, by chwilę później odsunąć jej włosy z twarzy, by ujrzeć jej oblicze. 
Uderzenie było mocne, jakby piorun otarł się o jego oczy i nakreślił zupełnie inną kobietę, młodszą i o wiele szczuplejszą niż ją pamiętał. Ale nie była to Valentina i uczucie, które tej świadomości towarzyszyło, było dotykiem jedwabiu w pułapce zrobionej z cierni. Znał twarz dziewczyny leżącej przed nim – Clary, która wysłała mu teczkę Valentiny, powiadomiła o całym zajściu i o niebezpieczeństwie, które jej grozi. Jared czuł ulgę i nie był nawet zdziwiony tym, że śmierć Hob nie przejęła go zbyt mocno. Zawsze pozbawiony był uczuć, prał je regularnie, by właśnie w takich chwilach zachować szorstkość i względną obojętność. Przeżegnał się, jakby zapomniał, że jest wściekły na Boga od jakiś dziesięciu lat i szybko wybrał w swoim BlackBerry numer, wpisał na klawiaturze parę słów i wysłał wiadomość sekundę przed tym, jak poczuł, że ziemia pod nim wiruje, a zza drzwi buduje się góra ognia. 
Gdy odzyskał świadomość, pokój w którym się znajdował, zajęty był ogniem już do połowy. Rozejrzał się, by zbadać sytuację. Budynek płonął, ktoś wzniecił pożar, spowodował go wybuchem, który zwalił go z nóg. Nie wiedział dlaczego, ale czuł, że nie był to ktoś - przypadkowy ktoś, z którym zderzasz się na ulicy i zapominasz jego twarz jeszcze zanim zdążysz ją zapamiętać. Był to ktoś, kto mimo zawrotów, praktycznie odwodnionego organizmu i zatrutej duszy, umiałby trzeźwo myśleć i znaleźć wyjście i pomysł na ucieczkę. Podświadomość podpowiadała mu dwie osoby – Lokiego i Valentinę, ale ponieważ na istnienie pierwszego nie miał dowodów, zdobył się na osąd, że wybuch spowodowała Lightburn. 
Podniósł się na nogi i mimo że zdrowy rozsądek właśnie uderzał go biczem w bok za nieposłuszeństwo, ruszył w stronę źródła ognia. 
Tak jak początkowo sądził, ogień wytaczał się z kotłowni, której drzwi leżały po drugiej stronie korytarza. Najwyraźniej siła wybuchu wyrwała je z zawiasów. Naciągnął czarny golf na twarz, by zasłonić nim nos i usta i udając, że wcale nie istnieje prawdopodobieństwo, że wkraczając do tego pomieszczenia zatruje się gazem, czadem lub po prostu spłonie.
 Schodząc po stopniach, poczuł, że jeden z nich jest miękki i rozpłaszcza się pod jego naciskiem. Nie chciał patrzeć w dół, nie chciał patrzeć na co właśnie nastąpił. Nie chciał tego wiedzieć, ale jego oczy same powędrowały w przeciwną stronę, niż je kierował. 
- Kurwa – wykrztusił z siebie, jako obraz tego, co właśnie zobaczył. 
Względnie stara, a właściwie w średnim wieku Chinka, leżała pod jego nogami z zupełnie rozdartą klatką piersiową. Jego but utkwiony był w wystających płucach, przebitych różnymi metalowymi końcówkami. Twarz Floter wykrzywiona była w zaskoczeniu, a jej ręce spalone na wiór, przypominały te, które posiadają postacie z klocków Lego. 
Natychmiast stanął na podłodze, omijając kolejne dwa stopnie i nie mogąc dłużej patrzeć na martwe, śliskie od krwi ciało. 
Kotłownia była ciemna, pełna dymu dochodzącego z lekko otwartego pieca. Najwidoczniej wybuch podziałał również na drzwiczki. Badał sytuację i próbował ją odtworzyć w głowie. Floter, jak i również popękane rury, znajdowała się centralnie przed wyjściem, bardzo blisko drzwi, których już nie było. Najwidoczniej tutaj, sądząc również po stopniu zniszczeń, nastąpił wybuch. Był o wiele mniejszy, niż Jared początkowo sądził. Druga część piwnicy, obok pieca, nie była mocno zniszczona, a w przeciwnym kącie natomiast było zupełnie tak, jakby nic się nie stało, a odłamki drewna ponuro czekały za człowiekiem, który wrzuci je do dudniącego potwora zapewniającego ciepło w całym szpitalu. 
- Przysięgam na Boga... - usłyszał czyiś głos i rozejrzał się. To nie był jednak czyiś głos. Jego serce otarło się o płuca w gorączkowym biciu. - Przysięgam na Boga... Złamię. Ci. Serce... - Bredziła, ale nie miał zamiaru przestać jej słuchać. Ruszył w stronę epicentrum głosu, by znaleźć się parę kroków od zionącego pieca. Ujrzał stertę gazet, spod której podnosiło się i opadało niezidentyfikowane ciało. 
- Pieprzyć identyfikację – powiedział przez zęby, uklęknął i zrzucił gazety z ciała które, tak jak sądził, okazało się być niczym innym jak Valentiną Celine Lightburn. 
Nie pamiętał wiele z tego, co działo się później. Wiedział jedynie, że do pomieszczenia za nim wpadł Shannon z martwą Clary na rękach. Jego głos wydobywał się zza mgły. 
„Jared”. 
„Jared, musimy stąd uciekać”. 
„Jared, zaraz wszyscy się zatrujemy i umrzemy”. 
„Jared”. 
„Jared, bierz ją na ręce i spierdalajmy stąd”. 
„Nie”. 
„Nie możemy jej zabrać do szpitala”. 
Mocne szarpnięcie sprawiło, że młodszy Leto uderzył o ścianę. Shannon przyszpilił go swoim ciałem i uderzył w twarz z otwartej ręki. 
- Słuchaj, dupku. Nie ma czasu na mdlenie. Musimy je stąd wynieść, a Valentinę zawieść do hotelu. Tam zadzwonimy po jakiegoś dobrego lekarza, który weźmie łapówę za milczenie. Musimy stąd iść i musisz mi teraz pomóc. Musisz, Jared. Proszę. 
„Dobrze” usłyszał bardziej obok siebie, niż tak, jakby te słowa wypłynęły z jego ust. Jak w amoku wziął Val na ręce i niósł do samochodu, trzymając ją jakby była zrobiona z porcelany. Bądź co bądź, ważyła tyle co porcelana. Czuł każdą wystającą kość pod swoim ramieniem i gdy któraś z nich wbijała mu się w bok, bolało to tak bardzo, iż chciało mu się płakać. Fizyczny ból? Nie zaznawał tego w tamtej chwili. 
To wszystko twoja wina, mówiła mu podświadomość. Sam to przeczytałeś, to przez ciebie. 
Spojrzał na jej twarz, która była brudna od czerwonego płynu tak, jakby płakała krwią. Jej nadgarstki były poranione do kości, jak zauważył jadąc już samochodem w stronę hotelu. Nie wiedział dlaczego, ale miał ochotę wbić sobie gwoździe do rąk i przybić się do krzyża za to, że ta dwudziestotrzyletnia młoda kobieta krwawiła przez niego. Jej twarz jednak ułożona była w beztroskiej minie, jakby śniło jej się coś cudownego, lub jakby po prostu czuła, że opuściła budynek szpitala już raz na zawsze. 
***
Nie czuł jej ciężaru, gdy niósł ją po schodach na trzecie piętro. Była zbyt lekka. Podczas gdy Shannon miał zająć się lekarzem i zawieść Clary do szpitala tylko po to, by wydano akt zgonu i pochowano ją w cywilizowany sposób, Jared miał tylko i wyłącznie pilnować, by puls Valentiny był równy, a tętno nie znikało. Znów czuł ciążącą na nim odpowiedzialność i zrozumiał, że uczucie to doprowadza go do samoistnego upadku. 
Nie była do końca nieprzytomna. Czasami wypowiadała pojedyncze wyrazy lub zdania: „Chodź, kołysanko”, „Niekończące się światło w najciemniejszą noc”, „Wyfruniemy”, „Daleko od głębokich cieni, wyfruniemy”. 
Jared patrzył na nią pobłażliwym wzrokiem, nie potrafił się nie uśmiechnąć. 
Stał właśnie z nią w łazience, gdy prostując się, powiedziała cicho: 
- Widzę twoje oczy... Świecące... Głęboko wewnątrz... Świecące w ciemnościach... 
Powolnym ruchem postanowił ją rozebrać, by oczyścić jej ciało z brudu i krwi. Wiedział, że w obecnej sytuacji, ten stan jej nie przeszkadza. To raczej on nie mógł patrzeć na jej skrzywdzone i lepkie od krwi ciało. Mimo tego co przeszła, była niesamowicie miękka w dotyku. Miał już w głowie obraz, jak ją rozbiera, ale nie w takich okolicznościach i w takim stanie. Lubił różne rzeczy i różnych próbował, ale nekrofilia nie wpisywała się w listę jego hobby. Teraz jedynie zrobiło mu się jeszcze bardziej żal i miał ochotę zrobić krzywdę sobie, by wynagrodzić jej to, co przeszła. 
Nie zdejmując z siebie ubrań wszedł pod prysznic zabierając ją nagą ze sobą. Stała o własnych siłach, ale wiedział, że gdy ją puści, poleci na pierwszą bliższą ścianę, jeszcze bardziej siniacząc swoje zmasakrowane ciało. Odkręcił kran, a z sufitu polał się deszcz zimnej wody. Valentina nieświadomie otworzyła usta na spotkanie z orzeźwieniem. Jej ciało zaczęło drżeć. Mimo to Leto nie chciał zmieniać ciepła wody, bo bał się, że rany na jej ciele będą piekły bardziej, niż to, jak razi ją zimno. 
- Nie umieraj, proszę – powiedział, nie wiedząc czy żartuje, czy raczej jego prośba jest położona na trochę innym poziomie, a on prosi ją o to by „nie umierała” z jego życia. By nie umierała dla niego, by nie odchodziła. 
- Niekończące się światło... - Nadal miała zamknięte oczy i mówiła dziwne rzeczy. Dotknął jej twarzy i zmazał krew z jej policzka. Pod nią krył się siniak wielkości jego pięści. - Jesteś powodem... dla którego nie chcę umrzeć. 
- Och. - Tylko na tyle się zdobył. Stwierdził, że musi być pod wpływem silnych leków, skoro bredzi aż tak bardzo. Chciał wziąć kartkę i spisać wszystkie jej słowa, mogłaby wyjść z tego całkiem dobra piosenka. Przypomniał sobie, co mówiła, gdy znalazł ją w kotłowni. „Przysięgam na Boga, złamię ci serce. Rozerwę na strzępy i rozrzucę je wokół”. 
W głowie budował mu się mur słów o nienawiści, zemście i wierze. O modlitwie. Do własnego Boga. Cokolwiek robisz, nie bój się ciemności. 
Oplótł rękoma jej chudą postać i delikatnie masował niektóre części jej ciała, by zmyć z niej krew i brud. Wiedział, jak bardzo intymna jest ta chwila i wiedział również, jak wielkie konsekwencje za nią poniesie, gdy Valentina wróci do siebie i o wszystkim się dowie. Widział swoją postać płonącą w świetle księżyca na stosie. Ale nawet to nie potrafiło go zatrzymać. 
Cieszył się i cierpiał jednocześnie, dotykając chociażby jednego skrawka jej ciała. Była taka drobna, delikatna, a zarazem taka silna, by przeżyć trucie i wybuch, którego sama była powodem, czego Jared był pewien. 
- Kto inny, jeśli nie ty – powiedział, łapiąc ją pod brodę. Był z niej dumny. - Jesteś taka dzielna. - Mówił jak do dziecka, ale spływało to po nim tak samo jak woda, która przykleiła jego ubrania do ciała. 
Usłyszał głos Shannona, gdy kładł Valentinę do swojego łóżka, ubraną w jego niebieski sweter i bokserki. Tylko tyle mógł jej teraz zapewnić. Brat znalazł się obok niego. Nie powiedział nic widząc Jareda mokrego od stóp do głów. Jeżeli chodziło o niego, nawet samolot mający katastrofę lotniczą z piórkiem nie był zaskoczeniem. Jego mina zwiastowała jednak coś gorszego niż jakakolwiek katastrofa lotnicza. 
- Jared – powiedział, a jego głos krył większy stres, niż Jared by przypuszczał. 
- Co się stało? Oskarżyli cię o zabójstwo Clary? - zapytał i uśmiechnął się bez cienia wesołości. 
- Nie, to akurat załatwiłem bez problemu. Powiedziałem, że znalazłem ją na ulicy podczas podróży do domu ze studia nagraniowego. Przedstawiłem się jako twój brat, co bardzo pomogło im uwierzyć, że to co mówię, to prawda. Oświadczyli mi, że dziewczyna zmarła i że prawdopodobnie uciekła ze szpitala psychiatrycznego, w którym był jakiś wypadek i specjaliści już tam są. 
- Więc? 
- Czasami się zastanawiam, tak wiesz, w skali od jeden do tej naszej Chloé od ciuchów, jak bardzo głupi jesteś i uwierz mi, że skala nie jest dla ciebie – powiedział Shannon i uśmiechnął się do Jareda w sposób, jakby rozmawiał z menelem spod sklepu, który nie rozumie prostych poleceń. - A tak na poważnie, to... Oni się dowiedzą, że Valentiny tam nie ma. Będą jej szukać. Może i zniknęła jej teczka, ale nie myśl sobie, że akta nie są zaopatrzone w jej nazwisko. Musimy ją stąd wywieść, ale widzisz... to nie jest takie proste. Rozmawiałem już z prawnikiem i jestem pewien, uwierz mi, jestem pewien, że to co ci zaraz powiem, mocno nie spodoba się tobie, a tym bardziej jej. - Wskazał palcem na śpiącą na ogromnym łóżku Valentinę, nieświadomą tego, co czeka ją zaraz po przebudzeniu. 

---
musicie mi wybaczyć to przedłużanie. Mam teraz ferie, fakt, ale nie mam internetu. Przykro mi, nic nie zrobię. Ale będę pisać, publikacją zajmę się później. Gdyby coś, śledźcie mnie na twitterze (@crasholvz) – tam zazwyczaj piszę, na jakim etapie w tworzeniu jestem. 
PS „brednie” Valentiny pod koniec rozdziału to cytaty z piosenki „Deep Shadows (Vocal Version)” – T.T.L (gdy będę edytować soundtrack, to ją dodam) 
PS 2 nie przesadzam z czarnym humorem i brzydkimi scenami flaków? 
PS 3 tak, tutaj się tworzy Night Of The Hunter. Zapewniam, że Valentina zainspiruje Jareda do wielu piosenek z TIW. 
PS 4 pobiłam rekord w pisaniu PS

8 komentarzy:

  1. Wooow! Jestem strasznie ciekawa co dalej, co dalej z Valentiną, co dalej z Jaredem, co dalej ze specjalistami, którzy pojechali do szpitala. Jedno pytanie CO DALEJ Z TYM WSZYTSKIM???? Nie mogę się doczekać kolejnego!!!! Mam nadzieję, że pojawi się szybciej trochę niż ten, ale nie popędzam:) A co do tego "czarnego humoru i brzydkich scen z flakami" to myślę, że to właśnie te dwa czynniki sprawiają, że twoje ff jest wyjątkowe. Jest całkiem inne od wszystkich i to jest właśnie najlepsze. Zazwyczaj Marsowe ff to takie gdzie Jared poznaje główną bohaterkę opowiadania, zakochują się w sobie, czasami trochę kłócą, a na koniec biorą ślub i są ze sobą szczęśliwi. W takich właśnie opowiadaniach wszystko jest do przewidzenia, a tu za każdym razem zaskakujesz mnie czymś nowym. Da się zauważyć, że rozdział jest chyba najdłuższy ze wszystkich:) Oczywiście cudownie piszesz, masz ogromny talent.
    Duuuuuuuuuużo weny, czekam na kolejny rozdział z niecierpliwością (zresztą jak zawsze) :)
    J.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jakby porównać pierwszy rozdział, a ten, to zrobiłaś takie postępy, że nie wiem, co msam myśleć. Jesteś coraz lepsza i ZAWSZE zaskakujesz. Czasami się boję, że zamordujesz Jareda albo Val, ale proszę, nie rób tego!

    Przykro mi bardzo z powodu Clary.
    Ten rozdział był tak naładowany emocjami, że się popłakałam. Hmmm... Kocham to opowiadanie.

    OdpowiedzUsuń
  3. niemiłosiernie boli mnie kręgosłup, a połowa paczki papierosów wypalonych przed lekturą twojego rozdziału mi nie pomogła. jestem wrakiem człowieka, nie mam chęci do życia. nie dożyję trzydziestki.
    jeżeli mój wstęp wydaje ci się niepowiązany z rozdziałem, to mi w sumie przykro. bardzo. przykro.
    niespójność wewnętrzna bardzo czytelnie opisana przez valentinę to jeden z ważniejszych, przynajmniej dla mnie, momentów w cc. jak na dłoni pokazane jest, jak łatwo działać przeciwko sobie, by uzyskać coś, co pozornie jest nam potrzebne. boli mnie to, że poczułam się dźgnięta tym jak kijem w dupę. wygodnie mi nie było przyznać przed sobą, że w kolejnym utworze widzę, że niespójność wkroczyła z brudnymi glanami w moje życie.
    "Znał te słowa, których nigdy nie wypowiedziałaś". czytając to, czułam się jakbym dążyła do poznania teoretycznie nieznanego mi źródła ciemności, ale podświadomie wiedziała, co mnie czeka. coś czułam, że przeczytam wzmiankę o niewypowiedzianych słowach, ale nie potrafiłam się przyznać, że to wiem. nie wiem, nie lubię wiedzieć co będzie dalej w książkach. #randomowamyśl
    moja beysus, mój nathan. co to za chujowi bohaterowie w świetle siedemnastego rozdziału cc. luum, bh. co to za chujowe opowiadania w świetle cant contol.

    spierdalaj i pierdol się z kaktusem, domczi
    yours truly, megs
    [chciałam ci napisać coś o moim alter ego, ale zrezygnowałam]

    OdpowiedzUsuń
  4. Wszystko jest w odpowiednich proporcjach - nie zmieniaj tego - pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. znalazłam tego bloga przypadkiem, jest niesamowity, serio!
    Różni się od wszystkich innych i to właśnie jest najlepsze w tym wszystkim!
    Przeczytałam wszystko Na "jednym tchu" i czekam na więcej(:

    OdpowiedzUsuń
  6. Co za niesamowity rozdział. Przez całe czytanie słuchałam soundtrack z Requiem for a Dream i jest teraz emocjonalnym wrakiem. Chce już nowy. Kocham twoje ff, jest takie inne niż wszystkie :) Czekam i życzę dużo weny :D
    Pozdrawiam xx

    OdpowiedzUsuń
  7. kiedy coś nowego ? nie mogę się doczekać (:

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najpóźniej we wtorek, jeśli nic mi nie przeszkodzi. :)

      Usuń