15.

Pojedyncze literki przekręcały się na tablicy, zmieniając wcześniejszy napis na LOS ANGELES,  CA. Robiły to bardzo powoli, nie śpiesząc się i nie zwracając uwagi, na poddenerwowanych ludzi czekających na lotnisku. W końcu jednak pojawiły się również cyfry, które z nonszalancją ukazały godzinę wylotu.
- Co, kurwa?
Wzrok większości utkwił w rozzłoszczonym, niskim mężczyźnie, który z niecierpliwością tupał nogą i krzyczał na każdą możliwą stronę i w kierunku każdego przechodzącego pracownika lotniska.
- Shann, uspokój się, bo zaraz cię zwiną - powiedział przez zęby jego młodszy brat i wychylił wzrok poza notes, w którym bazgrał od dobrych dwóch godzin. Kamuflował się dużym, czarnym kapeluszem, pochodzącym prawdopodobnie z pokazów mody tworzonych przez mamuty w erze mezozoiku.
- Nie mam ochoty spędzić tu całego dnia. Wystarczy, że w samolocie spędzimy parę godzin. Jestem wkur...
- Opanuj się, oazo emocjonalnego spokoju i empatii - wysyczał i zaczął kreślić coś na kartce, co najprawdopodobniej miało wyglądać jak wyraz, ale było zbyt niewyraźne.
- Co robisz? - spytał, w końcu koncentrując na czymś uwagę. Usiadł na plastikowym siedzeniu w kolorze kanarkowej żółci, dotykając ramieniem brata.
- Piszę.
- Wow, Jared. Niesamowite, nie domyśliłbym się.
- W takim razie po co pytasz? - młodszy Leto niechętnie odwrócił wzrok w stronę Shannona i oblał go nienawistnym spojrzeniem. Nie był w humorze. Nie był w humorze jeszcze bardziej niż zwykle.
- Możemy w końcu porozmawiać o tym, co się wydarzyło, gdy odwiozłeś Valentinę do ośrodka? - wszystko powiedział na jednym tchu, by się czasem nie rozmyślić i zrezygnować z pytania. Zauważył na czole Jareda pojedyncza, wyraźną żyłkę, która świadczyła o konsternacji.
- Nic. Nic ważnego. Zrozum, Shannon... - pokręcił głową, by czemuś zaprzeczyć, ale sam nie wiedział, czy chce zaprzeczyć jemu czy sobie. Był niepewny i rozdarty.
- Powiedz mi, do cholery, bo nie mogę wytrzymać. Jestem twoim bratem, przyjacielem, powiernikiem. Traktuj mnie jak chcesz, ale nie odtrącaj mojej pomocy. Obiecałem matce, że będę się tobą opiekował. I robiłem to. Dobrze wiesz, że do najłatwiejszych rzeczy to nie należało. Nie mów mi więc teraz, że nic się nie stało, bo okłamujesz nie mnie, tylko siebie.
- Stary, nie sądziłem, że potrafisz stworzyć tak rozbudowaną wypowiedź - ukazał zęby z rozbawienia i oboje poczuli rozładowanie atmosfery. Jego niebieskie tęczówki wyrażały jednak ból, przez co Shannon zrozumiał, po jak cienkim lodzie się porusza.
- Powiedz mi - powiedział powoli, patrząc mu prosto w oczy i niemal wymuszając przez to odpowiedź. Naprawdę uważał, że jeżeli teraz mu nie powie, to spoliczkuje go i wsadzi mu głowę prosto w ten dziennik, nie używając przy tym ani trochę delikatności.
- Pocałowałem ją - wypuścił z siebie powietrze i oparł głowę o niewygodne krzesło tak, że wpatrywał się teraz w biały sufit lotniska.
- I jak było? Romantycznie? - Shannon gubił się coraz bardziej. Kiedyś jeszcze rozumiał postępowanie brata, lub starał się rozumieć. Ostatnimi jednak czasy poczuł, iż Jaredowi odbiło i już nie ma ratunku, dla tego zbzikowanego, zbuntowanego i skrzywdzonego faceta.
- Nie - szepnął przez zęby, a na jego twarzy pojawił się mocny grymas.
- A jak?
- Wulgarnie i cholernie perwersyjnie - powiedział to z takim wyrazem, jakby się brzydził. Nadal patrzył w górę.
- Nie rozumiem...
Jared skierował na niego wzrok i wyprostował się w szaleńczym tempie.
- Ja też nie. Przez nią nie potrafię nad sobą panować. Była przecież nieprzytomna, widziałeś? A ja... - znów ten wyraz obrzydzenia. - A ja to wykorzystałem i ją pocałowałem. Ugh, to nawet nie był pocałunek. To była słodka, słodka rozkosz. 
Shannon spojrzał na niego jak na idiotę i czekał na więcej informacji, by ustalić, czy Jared jest po prostu pojebany, czy może nadzwyczajnie pojebany.
- Nie rozumiesz. Wiedziałem, że tego nie zrozumiesz. W czym jestem lepszy, niż ten facet, który ją gwałcił? Nienawidzi mnie, a ja zachowuję się jak ostatni dupek. I jeszcze na dodatek nawet nie wie, jakie grzechy mam na sumieniu. Tylko Shannon... Ja nie umiem teraz oddychać. Kurwa, nie umiem. Każdy wdech przenosi do moich płuc gorzką truciznę, której nie potrafię się pozbyć. Chciałeś wiedzieć? - zapytał sardonicznie. - To już wiesz. Coś jeszcze?
- Jay, wcale nie musisz się tak oceniać. Nie czuj do siebie wstrętu, szczególnie przez to, co się stało w Bossier. Naprawdę, to nie była twoja wina.
- Gówno wiesz - pokręcił głową i znów spojrzał na swój notatnik.
- Zachowujesz się jak dziecko.
- Doprawdy?
Shannon spojrzał nieco poza postać Jareda i dostrzegł biegnącą w ich stronę Emmę. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że z jego pola widzenia zniknęli Tomo i Matt. Twarz blondynki wyrażała niemały gniew, ale również swego rodzaju ulgę. Co się stało?
- Myślałam już, że ktoś was porwał - powiedziała, zatrzymując się przy nich. Oddychała ciężko i ostentacyjnie złapała się za pierś. No właśnie, po co to robiła? Ludzie dotykają swojej klatki, gdy są zmęczeni, ale co daje im ten gest? Shannon zamyślił się nad tym przez chwilę, ale zaraz jej odpowiedział:
- Kto chciałby porywać takich ludzi, jak my...
Twarz Emmy przybrała inny, groźniejszy wyraz.
- No więc, do cholery, dlaczego nie jesteście w samolocie? Za pięć minut mamy lot!
Oboje spojrzeli z roztargnieniem na zegar. No tak, to było prawdopodobne.
Shannon podniósł się z miejsca. Wziął w ręce koc i kurtkę, które miał przy sobie i bez większej uwagi schował je w mocnym uścisku. Mimo trudności, złapał również walizkę i z wyczekującym wzrokiem obserwował flegmatyczne ruchy Jareda. Ten zabrał dość małą torbę i beznamiętnie przewiesił ją przez ramię. W rękach trzymał zeszyt, którego mocno przycisnął do piersi.
Będąc już w samolocie i sadowiąc się na miejscu, Shannon pomyślał, że może zapytać o coś jeszcze.
- Co to za piosenka?
Jared podniósł wzrok znad notatnika i wydął usta.
- Może jeszcze powiedzieć ci jakie mam dziś na sobie gacie? - zauważył gniew brata, który patrzył teraz na niego spod byka. - Nazywa się Huragan i nie mogę napisać więcej, niż trzech wersów. Odpuść.
- No dobra, ale jeszcze chcę ją usłyszeć.
- Nie ma mowy.
Uśmiechnął się niepewnie i wyjrzał przez okienko, które prezentowało za sobą Wielki Mur Chiński z lotu ptaka.
***
Słodka, bordowa, lepiąca się kreska pojawiła się na jej nadgarstku, wywołując u niej drgawki. Doskonale wiedziała, iż jej organizm domaga się więcej krwi, a nie mniej, więc buntuje się wobec niej samej. Żyletka wypadła z jej ręki i uderzyła o zlew, zostawiając na nim ślady płynu z jej żył. Robiło się jej niedobrze.
Podniosła wzrok, by spojrzeć w lustro. Nienawidziła tego widoku. Tej okropnej, grubej twarzy. Tych okropnych, tłustych ramion. Tych piersi, których praktycznie nie miała. Ze wściekłością uderzyła w lustro. Nie rozbiła go jednak, nie miała wystarczająco siły.
- Musimy porozmawiać. Chodzi o Lightburn.
Usłyszała głos pani Floter za drzwiami od łazienki. Chodzi o Lightburn. Chodzi o Lightburn. O Lightburn. Lightburn.
Szybko wytarła zranioną rękę i zawinęła jakiś stary materiał wokół niej. Cicho, jak tylko potrafiła, wyszła z pomieszczenia i ruszyła pod gabinet przełożonej. Drzwi nie były zamknięte. Bardzo nierozsądnie, pomyślała. Przechyliła się do przodu, by wyłapać pojedyncze słowa. Tak, chodziło o Valentinę.
Przypomniała sobie widok wynoszonej przez dwóch oprychów przyjaciółki. Była ledwie przytomna, a oni bili ją za to, iż nie chce posłusznie z nimi iść. Jeszcze nigdy nie widziała jej w takim stanie. Przełknęła ślinę i podeszła bliżej.
- Nie wydaję mi się, żeby wytrzymała to długo - głos był męski, jakiś znajomy, ale nie wiedziała gdzie go dopasować.
- Mi również. Bardzo zadowala mnie ta myśl. Mądrze to przemyślałeś, nie doceniłam cię - Floter brzmiała, jakby wygrała co najmniej milion zielonych, szeleszczących dolarów.
- Być może. Na szczęście mi zaufałaś, dzięki czemu możesz spokojnie się jej pozbyć, nie martwiąc się konsekwencjami. Tyle lat starań, a ty w końcu osiągniesz cel.
Pozbyć się? Clary czuła, jak grunt osuwa się jej spod nóg. Kolana zaczęły jej dygotać, a ona w osłupieniu próbowała wyłapać jak najwięcej szczegółów.
- Tak. Wyśmienicie.
- Jesteś pewna, że masz już wszystko?
- Oczywiście. Spójrz na tę kartotekę - usłyszała, jak ciężki przedmiot opada na biurko. - Któż mógłby podważyć moje zdanie? Poza tym, oczywistym jest, że skoro raz przedawkowała leki, może się to stać ponownie. To przecież osoba chora - zaśmiała się szyderczo.
- To i tak bardzo dziwne, że dała radę funkcjonować z taką dawką, jaką codziennie brała.
- Hmm... Zawsze była we wszystkim taka dobra i wytrzymała. Taka wyśmienita. Taka idealna - powiedziała to słowo z obrzydzeniem.
- Jeszcze trochę. Wytrzymaj jeszcze trochę, a dokonasz zemsty.
- Zemsty? Ja nigdy nie pragnęłam zemsty. Chciałam ją po prostu zabić. Wysadzić, udusić, zastrzelić, otruć, poćwiartować, obedrzeć ze skóry, utopić, spalić, zakopać. A po wszystkim zebrać reszty i zachować je sobie w słoiku z formaliną. Och, to nie zemsta. To dotyk diabła.
Clary poczuła w gardle gorzki smak wymiocin. Było jej niedobrze, ale próbowała z tym walczyć każdym nerwem swojego ciała. Musiała zareagować. Nie mogła dopuścić do tego, by Valentinie coś się stało. W przypływie odwagi zapukała do drzwi. Rozmowa ucichła. Usłyszała, jak ktoś wychodzi tylnymi wrotami. Parę sekund później pojawiła się przed nią Floter. Uśmiechnęła się, fałszywa suka, i zaprosiła do środka gestem ręki.
- Clarisso - przywitała ją skinieniem głowy, na co odpowiedziała jej cichym Dzień Dobry pod nosem. - Co cię tu sprowadza?
Clary przeczesała szybko wzrokiem pomieszczenie. Biurko. Spojrzała na nię i zajęło jej to dokładnie pięć sekund, by dostrzec grubą teczkę z napisem LIGHTBURN.
- Chciałabym prosić o widzenie - powiedziała pewnie.
- Och - oczy Floter nie kryły zaskoczenia. - Z kim?
- Z Lucy Yang, zna ją pani, była u mnie kilkakrotnie. Myślę, że jestem na tyle... grzeczna, by mieć pozwolenie.
- Kiedy? - połknęła haczyk. Clary w wyobraźni klasnęła w ręce.
- Jak najszybciej. Tęsknię za nią.
Floter uśmiechnęła się i pokiwała głową, na znak, że się zgadza.
- Zadzwonię do niej i jutro o czternastej ustalę wam widzenie. Odpowiada ci to, Clarisso?
Nawet nie wiesz jak bardzo, ty fałszywa...
- Tak, dziękuję.
Poczuła rosnącą satysfakcję, gdy do pokoju wbiegł zdyszany woźny. Poinformował o ataku Deana, przez co Floter zerwała się z miejsca. Wyszła.
- Głupia kretynka - powiedziała Clary, raczej do siebie, niż do niej i podeszła do biurka. Teczka. Wzięła ją w ręce i wyszła, zostawiając otwarte drzwi. Wbiegła do pokoju i otworzyła ją szybko, ciekawa zawartości. To, co zobaczyła w środku, przyprawiło ją o jedną, jedyną, gorzką łzę rozpaczy.

5 komentarzy:

  1. Jestem cholernie ciekawa co jest w teczce Valentiny, ale bardziej interesują mnie myśli Jareda, bo w sumie ma rację. Wykorzystał Valentinę i jego wyrzuty sumienia są słuszne! Świetny rozdział. świetny, świetny, świetny!!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. przeczytałam wcześniej, ale dopiero teraz postanowiłam napisać komentarz.
    jak zwykle rozdział bardzo ciekawy, utrzymujący opowiadanie na wysokim poziomie. czasem mam ochotę wyrzucić swojego laptopa przez okno, bo cc jest potwierdzeniem, że w mnie nie ma (marczela) talentu. spierdalaj, domczi
    jared przechodzi przełom. jest dopiero na początku tego procesu, gdzie nie wiadomo jak się to skończy.
    rób co chcesz, ale nie usuwaj opowiadania.
    chuj ci w dupę

    OdpowiedzUsuń
  3. O rany ,cudowny rozdział ! Błagam o więcej :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Lubie to jak piszesz. I pomysł jest genialny. A ten rozdział cholernie podsyca moją ciekawość. Ciekawość tego co wydarzy się dalej. Ciekawość przeszłości. Ciekawość umysłów, uczuć. Ciekawość teczki. Czekam na więcej. :-)

    OdpowiedzUsuń