09.

- Na świat przyszłam piętnastego grudnia. Urodziłam się w Nowym Jorku i tam się też wychowałam. Całe dzieciństwo spędziłam na Brooklynie, gdzie znajdowało się moje mieszkanie. Dwa okna skierowane były w stronę Mostu Brooklyńskiego. Te dwa okna były moje - popatrzyła prosto w oczy Jareda, by znaleźć jakiekolwiek wytłumaczenie, co ona tak właściwie robi. Dawała mu swoje najlepsze karty, podkładała się w pokera, przegrywała rozgrywkę w ruletkę. - Gdy miałam dwanaście lat, dostałam się Broadway Dance Center. Taniec mnie zniszczył.
Przełknęła ślinę i popatrzyła na horyzont rozciągający się przed jej oczyma. Było tak pięknie, a mimo to nie potrafiła wykrztusić z siebie iskry szczęścia. Mocniej ścisnęła dłoń Jareda, która okazała niesamowitą podporą duchową. Po krótkiej przerwie i paru głębszych oddechach kontynuowała, próbując zachować szorstkość i obojętność. Na próżno.
- Całe dzieciństwo spędziłam z moim bratem, Anthonym. Był ode mnie o dwa lata starszy. Zawsze się mną opiekował, brał na ręce, kiedy płakałam. Pamiętam, że gdy byliśmy mali, uwielbiał się ze mną bawić w smoki i księżniczki. Wiesz, co było zabawne? - popatrzyła na niego z trudnymi do odgadnięcia uczuciami. - On był księżniczką. Malowałam go, przebierałam i inne a on po prostu miał to gdzieś, bo ważne było, że jest ze mną. Niesamowicie mnie szanował, zawsze starał się dawać dobry przykład, chociaż im starszy był, tym więcej błędów popełniał. Ja jednak kochałam go jak szalona, uwielbiałam go całego: jego długą, ciemną grzywkę, jego piękne oczy... Widziałam, jak inne się w niego wpatrują i wiedziałam, że długo nie będzie sam. Gdy ostatni raz go widziałam, właśnie się zaręczył.
- Co to znaczy? - wtrącił Jared, zupełnie wybijając ją z rytmu. Zauważając jej spojrzenie nieco się zdenerwował, bo była bardziej roztrzęsiona niż zwykle. Na jej rękach, zupełnie jakby naelektryzował ją prąd, włoski stanęły dęba, a ona sama dygotała. Zatrzymał się na chwilę i próbując załagodzić sytuację ścisnął mocniej jej dłoń. Był rozbity. Z jednej strony chciał wreszcie ją odkryć, wygrać, z drugiej jednak czuł wyrzuty sumienia w związku ze stanem Valentiny. - Nie musisz mi nic mówić, jeżeli nie chcesz.
- Nie- powiedziała spokojniej, niż zwykle. - Wiesz, tańczyłam balet. To było całe moje życie. Codziennie jeździłam metrem do szkoły, od dziecka była nauczona samodzielności. Ta szkoła była dla mnie wszystkim, spędzałam tam całe dnie. Nie było momentu, bym nie myślała o tym, co będę robić na kolejnych zajęciach. Byłam coraz lepsza, dostawałam pierwsze angaże w przedstawieniach... Gdy miałam piętnaście lat przypisano mi prywatnego nauczyciela. I to było chyba najgorsze. Moje życie zaczęło się pierdolić tak bardzo, że sama nie umiałam wyciągnąć się z tego bagna. Zaczęłam pić, brać... byłam wrakiem człowieka, coraz bardziej chciałam się zabić, zniknąć i po prostu się ulotnić... Masz fajkę? - zapytała Jareda, bo nie mogła już wytrzymać. Ręce trzęsły jej się tak bardzo, że ledwo potrafiła złapać za papierosa, którego jej podał. - Skąd go masz? - zapytała, ale ten tylko odpalił go i milczał, czekając na dalszą część opowieści. - Pewnie by mnie tutaj nie było, gdyby nie Beysus. Poznałam ją kiedyś pod jednym z klubów. Mieszkała na Bronxie, kochała tą okolicę. Uratowała mi życie jakieś kilkadziesiąt razy, więc mogę ją nazwać przyjaciółką. Nie widziałam ją już tyle lat, a jestem pewna, że nadal wygląda kurewsko pięknie. To ona powiedziała mi, że mam uciekać z Nowego Jorku. Na Florydzie byłam dwa dni później. Potem dowiedziałam się, że zamordowano moich rodziców i jedynie Anthony przeżył. Na pogrzebie zostałam aresztowana pod zarzutem morderstwa. Rozumiesz, podobno wszystkie ślady wskazywały na to, że to ja zabiłam moich rodziców. Z zimną krwią, bez uczuć, po prostu ich zamordowałam. Nie pamiętam wiele z tamtego okresu, wiem jedynie, że w końcu stwierdzono we mnie stopień socjopatii społecznej. Miłe, no nie? Człowiek nie chce się przyznać do winy, nie chce przyjąć kary za coś, czego nie zrobił to uznają go za chorego psychicznie i wysyłają na drugi koniec świata, by umierał z minuty na minutę, z każdą sekundą czując coraz większą depresję i wszechogarniającą ciemność. To mnie pożera, rozumiesz? Nie wiem jak długo to wszystko wytrzymam, nie wiem.
Mocno zaciągnęła się dymem z papierosa i pozwoliła szaremu obłokowi wydostać się z jej ust. Patrzyła prosto przed siebie. Nie miała ochoty powiedzieć nic więcej, nic wyjaśniać, nic tłumaczyć. Chciał wiedzieć cokolwiek, to wiedział, nie ważne jak trudne do odwrócenia były te karty, zostały one wyłożone na stół. Na brudny, zniszczony stół uczuć. Poczuła dłoń na swoim ramieniu i dostrzegła, że Leto ją obejmuje. Zrobił to dziwacznie, najwidoczniej się krępował, ale było to urocze... w pewien upośledzony sposób.
- Nie musisz już nic mówić – wyszeptał cicho do jej ucha, aż przeszły ją dreszcze. Coraz bardziej się o niego martwiła. Jared był dziwny. Ba, dziwny to słabe określenie. Ten człowiek miał rozdwojenie jaźni, żył na dwa fronty. Raz był Jaredem - dupkiem z ego większym niż cokolwiek innego, a raz był Jaredem „nie skrzywdzę muchy” Leto. Był tak różny, jakby jego cechy były rozsiane i przemieszane przez wiatr, jakby sam nie wiedział, kim chce być. Jakby sam dopiero szukał prawdziwego siebie.
- Tak, tak. Teraz czekam na opowieść twojego życia – powiedziała wreszcie i uśmiechnęła się słabo. Usłyszała szmery i chwilę później zobaczyła błysk. Odwróciła się i zobaczyła ubranego na czarno mężczyznę, który z pasją robił zdjęcia jej i Jaredowi, z nieukrywanym szczęściem na twarzy. Wydostała więc dłoń z uścisku Leto i wyciągnęła ją w stronę paparazzi, ukazując mu środkowy palec. Chciała jeszcze coś powiedzieć, ale Jared pociągnął ją w stronę jakiejś uliczki, która owiana była ciemnością. Popchnął ją mocno na ścianę i przycisnął palec do jej ust, sygnalizując, że ma być cicho. Był bardzo blisko i napierał na nią całym ciałem. Valentina popatrzyła na niego z wzrokiem „co ty właściwie robisz?”, więc chwilę później odsunął się od niej bez zbędnych komentarzy. Zaśmiał się tylko i poprawił zniszczony już, niebieski sweter.
- Jesteś gotowa? - zapytał z iskierką w oczach. Wystawił głowę poza uliczkę, jakby chciał sprawdzić, czy nikogo nie ma i ruszył znów wzdłuż muru. - Zacznijmy od tego, że nigdy nie planowałem być muzykiem. Od zawsze chciałem być reżyserem, tworzyć własną sztukę w postaci filmu. Gdy zacząłem studiować dostałem propozycję do zagrania w filmie. Nie była to jakaś specjalna produkcja, ale zostałem zauważony. Potem grałem w serialu...
- Zaraz, zaraz... Już wiem dlaczego znałam twoją twarz! – krzyknęła Valentina. - To ty jesteś Jordanem z My So-Called Life! Uwielbiałam ten serial... Był taki bezsensowny, ale moje nastoletnie serce nie mogło się odczekać kolejnego odcinka. Nie mogę uwierzyć, że cię nie poznałam. Szczerze, to nigdy sobie nie wyobrażałam, że Jordan stanie się jakimś ciemnym wyznawcą szatana.
Jared zaśmiał się lekko, ukazując szereg prostych zębów.
- Myślałam, że będzie z ciebie dobry aktor, ale potem obejrzałam Cool and the Crazy.
- Jeśli chcesz przeżyć, lepiej nic już nie mów – powiedział cicho i uszczypnął ją w bok. - Grałem, ale wcześniej nie było za wesoło. Razem z Shannonem zaczęliśmy bawić się w gangsterów, byliśmy tymi dziećmi, z którymi nie należy się bawić. Włamywaliśmy się do domów, kradliśmy samochody. Czasami jakieś motocykle znajdowały się niechcący w naszych rękach. Staraliśmy się robić wszystko, by naszej mamie żyło się dobrze, mimo że wiedzieliśmy, iż robimy źle. Shannon w pewnym momencie bardzo się odsunął od nas, nie wiedzieliśmy co się z nim dzieje. Z tego co wiem, dużo brał, bez umiaru. Podziałało na to wiele czynników, o których nie chcę mówić. Może on ci to kiedyś powie.
Valentina wiedziała, że „kiedyś” znaczy „bliżej nieokreślone nigdy”, ale wolała zachować to postrzeżenie dla siebie.  Nie rozumiała też, całej tej otoczki tajemnicy wokół dzieciństwa braci, ale najwidoczniej również nie było ono kolorowe.
- Wyjechałem do Los Angeles, gdzie studiowałem i zacząłem grać. Może Cool and the Crazy nie było szczytem aktorskim, ale coś na tym zarobiłem i to się liczyło. Dopiero kilka lat później zacząłem grać na poważnie i gdy myślałem, że moje życie się ułoży, wszystko się zmieniło.
- Aha, czyli teraz przejdziemy do historii nieszczęśliwej miłości, jaka cię spotkała w objęciach Cameron? Wybacz, ale ja chyba spasuję. Widzisz – wskazała palcem na budki stojące parędziesiąt metrów od nich. - Tam jest stoisko z watą cukrową. Chcę tam iść. Osłodzisz sobie twoje gorzkie i smutne życie, co?
Jared nic nie powiedział, a z jego twarzy nie można było nic odczytać. Po chwili dopiero ruszył w stronę budek i kupił Valentinie watę, którą zjadła z przyjemnością, nawet się z nim nie dzieląc.  
Podziwiała widoki, które wraz z rozwojem dnia były coraz piękniejsze. Brak mgły odsłonił piękno lasu i gór, które wyglądały jakby właśnie wyszły spod pędzla artysty. Niesamowite widoki przyprawiały ją o dreszcze i pierwszy raz była szczęśliwa, że jest w Chinach. Zimny wiatr muskał jej twarz, która tego dnia promieniowała emocjami. Stanęła na skraju budowli, na którą weszli wraz z całą wycieczką i odnalazła wzrokiem Jareda, który rozmawiał o czymś z Floter.
- Nie wierzę – usłyszała za plecami i dostrzegła uśmiechniętą twarz Clary. - Nie wierzę po prostu.
- O co ci chodzi, łajzo? - zapytała, ale nie miała w planach jej obrażać.
- No przecież widzę. Zakochałaś się w Jaredzie – pisnęła z ekscytacji i klasnęła, przyprawiając Valentinę o atak spazmów.
- O czym ty w ogóle mówisz? Ja się nie zakochuję, ja nie kocham, rozumiesz?Nie zachowuj się jak dziecko z przedszkola, tylko wreszcie dorośnij, bo nie mogę zdzierżyć twojej głupoty. Matko, Clary, czy ty w ogóle kiedyś myślisz? Wydaje ci się, że mogłabym się zakochać, po tym wszystkim co mi się stało? Myślałam, że ty tutaj jedyna nie jesteś idiotką...
- No przestań wreszcie mnie ranić! - krzyknęła dziewczyna z łzami w oczach, które notabene dawno nie były przez nią ronione. - Możesz oszukiwać siebie, ale mnie nie. Myślisz, że jestem ślepa? Gapisz się na niego jak na ostatnie uwielbienie i nie myśl sobie, że ja tego nie widzę. Myślę, że...
- Przecież ty nie myślisz – powiedziała z sarkazmem Valentina i już chciała odejść, gdy nagle obok nich znalazł się Jared, który z uśmiechem na ustach zapytał Clary, jak mija jej dzień.
- Dobrze – powiedziała tylko. - I potrafię się do tego przyznać, że mi się ten dzień podoba – popatrzyła wymownie na Valentinę, która przewróciła oczami. Clary zachowywała się bardziej infantylnie niż zawsze. Lubiła się przekomarzać, ale to sprowadzało się już do idiotyzmu.  
- To dobrze – powiedział Jared. - Ale trzeba już wracać. Floter kazała mi wszystkich zebrać i odwieść do szpitala. Valentina, pomożesz mi?
- Nie.
Odeszła od nich, nawet się nie odwracając i ruszyła w stronę auta. Jared spojrzał na Clary z zaskoczonym wyrazem twarzy, ale ta tylko wzruszyła ramionami.
***
Karla leżała przysłonięta jedynie białym prześcieradłem. Jej miarowy oddech i równe bicie serca już go nie uspokajały. Ściągnął sweter, który miał na sobie cały dzień i który nieco się uszkodził i ruszył w stronę łazienki.
- Nawet mnie nie poinformujesz, że już jesteś? - zapytała za jego plecami. Nie odwrócił się.
- O niczym cię nie informuję, Karla – skierował wzrok w jej stronę. Siedziała, zakrywając się białym materiałem. Jej włosy były niesfornie ułożone a ona sama nie przypominała siebie, gdy nie miałą na twarzy tony makijażu. - O niczym nie wiesz i jakoś nigdy ci to nie przeszkadzało. Lubiłaś to, pamiętasz? Seks bez zobowiązań i pytań...
- Może oczekuję czegoś więcej? - zapytała z bólem w oczach.
- W takim razie tutaj tego nie znajdziesz – powiedział szeptem i skierował się w stronę drzwi, by kompletnie ją zignorować. Po jej policzku popłynęła jedna, gorzka łza smutku, którą otarła szybkim ruchem ręki.

5 komentarzy:

  1. Podoba mi się, że przedstawiasz historię bohaterów dopiero teraz, wcześniej postać Valentiny owiana była taką tajemniczością, która dalej gdzieś się unosi ;) Bardzo fajny rozdział, czekam na kolejne!

    OdpowiedzUsuń
  2. pomimo tego, że wyjątkowo nie lubię, jak ktoś podaje na tacy przeszłość głównych bohaterów, muszę (z bólem serca, bo zauważyłam, że traktuję cię z taryfą ulgową!) przyznać, że nie jestem zawiedziona tym rozdziałem. wręcz przeciwnie. czemu ci się zawsze, kurwa, udaje?
    nie lubię cię. spierdalaj.

    widziałam mimikę valentiny jak się wypowiadała, gdy mówiła o przeszłości. tę niechęć opowiadania o sobie, otwierania się - charakterystyczne zachowanie osób, które doświadczyły krzywdy.
    wbrew pozorom końcówka stała się moim ulubionym fragmentem. moment, w którym jared wytyka błędy karli - jej własne słowa, jest prawdziwy. "- O niczym cię nie informuję, Karla. O niczym nie wiesz i jakoś nigdy ci to nie przeszkadzało. Lubiłaś to, pamiętasz? Seks bez zobowiązań i pytań...". pomimo tego, że jareda nie powinno się lubić (przynajmniej teraz), uznałam, że ten moment pokazuje jego stronę osobowości, w którą trzeba wniknąć, zrozumieć ją.
    ps. wstawka o beysus 19/10 kc

    OdpowiedzUsuń
  3. Boski :D ja chce już nowy :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Witam, super się czyta, pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Tutaj Mola. Jestem tak nieziemsko zmęczona, ze nie nspisze żadnego twórczego komentarza,ale wiedz, ze jest cudowny i życzę ci weny kc

    OdpowiedzUsuń