08.

Słońce planowało powolne pojawienie się na horyzoncie, kiedy Jared pewnym ruchem zapukał w drzwi biura pani Floter. Sam zdziwił się, jak przez ostatnie dni często tu bywał, uzgadniając z nią szczegóły planu, który miał zrealizować właśnie dzisiaj. Nie było to łatwe by kontrolować prace nad teledyskiem i jeszcze to, ale skoro zobowiązał się, nie mógł się już wycofać.
Chinka przywitała go chłodnym uśmiechem i wskazała miejsce na krześle na przeciw jej.
- Nie, dziękuję - powiedział krótko. Było wcześnie rano i on sam się jeszcze porządnie nie przebudził. Związał tylko włosy i bez zbędnym przygotowań przebrał się w dresy i wyszedł, zostawiając w pokoju śpiącą jeszcze Karlę. - Właściwie, przyszedłem tylko powiedzieć, że bus już czeka.
- To wspaniale! - powiedziała i klasnęła w ręce. - Zaraz powiem wszystkim, by do niego weszli. Powinni wszyscy być teraz w dziennym, proszę za mną panie Leto.
Jared posłusznie ruszył za Floter, przyglądając się jej krzywym łopatkom. Wyglądały jak pozostałości po odciętych skrzydłach, co nieco go śmieszyło, gdyż wcześniej z bratem nazwał ją smoczyczą. Znaleźli się w dużym, przestrzennym pokoju, gdzie ludzie oglądali telewizję, grali w karty czy też po prostu siedzieli na kanapach. Każdy z nich miał nieobecny wzrok i wyglądali na dogłębnie nieszczęśliwych. Wśród ludzi odnalazł w tłumie znajomą mu twarz, którą widział kilkakrotnie, za każdym razem obok Valentiny. Młoda dziewczyna uśmiechnęła się do niego niepewnie, ale w końcu ruszyła w jego stronę. Poraziła go jej przeraźliwa chudość, wystające kości policzkowe, odznaczające się obojczyki. Porównał ją w myślach mimowolnie do Valentiny, ale tamta nie była aż tak szczupła, różniły się też postawą, co nie uszło mu uwadze.
- Dziwnie... wyglądasz. To znaczy bez tej kreski - powiedziała na przywitanie, bardzo cicho, wręcz szeptem.
- Zazwyczaj tak wyglądam, gdy nie jestem na scenie - użył uprzejmego tonu numer pięć, a zaraz potem dodał głośniej, by cała sala go słyszała. - Uwaga, każdy, kto chce jechać ze mną na wycieczkę, kieruje się w stronę placu. Za dziesięć minut odjeżdżamy.
- Zabierzesz Valentinę? - zapytała Clary z niepokojem, jakby bała się, że zostawi jej przyjaciółkę, nie zabierając jej ze sobą.
- A gdzie ona jest?
- Idź prosto, potem w prawo. Duże, szare drzwi - powiedziała i ruszyła w stronę wyjścia, przy którym stało teraz wiele osób, każda z nich chciała być już na zewnątrz, przez co zrobiła się kolejka.
Jared udał się zgodnie z instrukcją Clary do szarych drzwi, które bez zastanowienia otworzył. Uderzyła go fala ciepła i pary i sam nie wiedział, czy powinien wejść dalej, czy po prostu odejść. W takich chwilach zadawał sobie podstawowe pytanie: Ty tego nie zrobisz?, więc myślał tylko chwilę. Wszedł.
Czuł, jak chodzi po wodzie, wszędzie były kałuże. Nie widział zbyt wiele, przez chmurę pary, ale po chwili dostrzegł stojącą na środku wannę. Minęła dokładnie sekunda, a on przysiągłby, że w tej chwili mógłby umrzeć ze strachu i zaskoczenia.
Z wody wyłoniła się Valentina. Szybko zakryła się rękami i siedząc w wannie przyglądała mu się uważnie z nienawiścią. Woda spływała po jej nagim ciele, które już było pokryte gęsią skórką. Wyglądała bardziej krucho, niż zawsze, a brak ubrań sprawił, że stała się jakby bezbronna. Jaredowi w oczy rzuciły się się jej włosy - brązowe i jakieś żywsze. Speszył się jednak jej spojrzeniem, więc odwrócił wzrok w stronę ściany.
- Czego ty, do cholery, chcesz? - zapytała dopiero po chwili, bo obecność muzyka zdziwiła ją tak bardzo. Wyglądał inaczej, skromniej. Miał na sobie błękitny sweterek i zwykłe dżinsy, a oczy nie zostały oznaczone czarną runą. Włosy związane miał w nieładzie, przez co wyglądał o wiele młodziej. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, iż nie wie ile on ma lat, ale pytanie go o to w tej sytuacji graniczyło z prawdziwą psychozą.
- Eee... - zaczął niepewnie, nie całkiem świadomy tego, co chce powiedzieć. - Jedziesz ze mną na wycieczkę? Zabieram was, bo podobno zrobiliście tu przedstawienie... - spojrzał w jej kierunku, gdyż chciał rzucił jej wymowne spojrzenie, ale jej już w wannie nie było. Stała naga tyłem do niego i starała się szybko ubrać. Odwrócił natychmiast wzrok, bo wiedział, że nie powinien na nią patrzeć, ale zdążył objąć wzrokiem jej piękno, którego widok cały czas pojawiał mu się teraz przed oczami.
- A co ty masz do tego? Co ty masz do nas? Czego chcesz i po co w ogóle nam pomagasz? - zapinała już guziki dużej, czerwonej koszuli w kratę, którą dostała od ojca lata temu. Wciągnęła na nogi trampki i pewnym krokiem ruszyła w jego stronę. Ominęła go jednak, uderzając go przy tym w ramię i dotarła do lustra, przy którym szybko związała włosy.
- Bo chcę.
- Och tak, przecież każdy aktor, którego film nominowali do Oscara, pomaga biednemu psychiatrykowi z Chin. No powiedz, pomóż mi odgadnąć tą zagadkę...
- Zagadki są piękne, bo są trudne. A ja lubię... być piękny.
- I skromny - dodała w pośpiechu i ruszyła po ręcznik, by wytrzeć umytą twarz.
- Sama mi to powiedziałaś, nie zapominaj o tym. Zresztą, ten film nagrałem lata temu i to bez znaczenia. Porozmawiamy później. Idziesz, czy nie?
Popatrzył na nią wyzywająco a chwilę potem wyszedł. Nie musiał liczyć do pięciu, by usłyszeć za sobą kroki.
***
- Panie i panowie, proszę się nie rozchodzić! - krzyknął przewodnik, który próbował jakkolwiek zapanować nad tłumem. - Tutaj można kupić pamiątki, ale ja skierowałbym państwa na spacer po Wielkim Murze Chińskim. Oczywiście, nie całym, bo jak wiemy, ma on aż... no wiele tysięcy kilometrów!
- Tak właściwie, to nie mur, tylko grupa fortyfikacji i obronnych budowli – wysyczała cicho Valentina, która właśnie znalazła się obok przewodnika. - Wie pan tyle co my, może nawet mniej. Może zaczniemy ten spacerek, bo nie chce mi się pana słuchać.
Przewodnik spojrzał na nią spode łba i coś powiedział pod nosem, ale zaraz ruszył w stronę wejścia na mur.
Dziwnie się czuła. Dziwnie. Nie była do końca szczęśliwa, albo po prostu zapomniała, jak to jest czuć szczęście. Była w końcu wolna. W pewnym stopniu, pod pewnym kątem była wolna. Nie potrafiła sobie jednak wyobrazić, że to wszystko jest realne, że w ogóle teraz jest teraz. Czasami tak mamy, że doceniamy jakieś wydarzenie dopiero po fakcie, dopiero potem czujemy, jaka to była ważna chwila.
- Piękny widok – usłyszała za plecami. Odwróciła się i zobaczyła niebieskie tęczówki. Ostatnio coraz bardziej doprowadzały ją do spazmów swoją obecnością. Ten facet ją osaczał, niby jej nie znosił, a zawsze był. Był obok i nie chciał odejść. Miała przed oczami teraz dziecko, które trąca patykiem kamień. Kamień był Jaredem. Jared był kamieniem.
- Mówisz o mnie? - zapytała z ironią w głosie, by sama zacząć się śmiać. - Przepraszam, jak ty mógłbyś spojrzeć na kogoś takiego jak ja. Przecież jesteś Jared „mam wszystkie, jakie chcę” Leto.
- O czym mówisz? - dotrzymywał jej kroku mimo szybkiego tempa, jakie narzuciła.
- Wiesz, od kiedy pojawiliście się w Chinach, telewizja o was huczy i dudni. Stąd wiem, iż byłeś z takimi pięknościami jak Cameron Diaz, która niestety zerwała zaręczyny... Mam pytanie, było ci wtedy przykro? Czy może cieszyłeś się, że nie musisz już patrzeć na jej usta, będące ofiarami pszczół z wścieklizną?
- Kąsasz – wycedził przez zęby z sarkazmem. - Lubię to. A tak na poważnie, to nie powinno cię to interesować. Ja nic o tobie nie wiem.
- Okey – powiedziała w końcu, zatrzymując się przy murku. Oparła się o niego i przez chwilę po prostu ignorowała Jareda. Chłonęła wzrokiem piękno krajobrazu, który zapierał dech w piersiach. Wszędzie rozciągały się góry, nieco dalej nawet las, którego szmaragdowy kolor przyprawiał o dreszcze. Wszystko przysłonięte było gęstym obłokiem mgły, co jeszcze bardziej dodawało magii. Nabrała głęboko powietrza, które było niezwykle czyste. Dobra odmiana dla palacza. Odwróciła w końcu wzrok w stronę Jareda i zaczęła powoli. - Ja ci powiem o sobie, jeżeli ty przedstawisz mi historię swojego życia. Bez zakłamań, sarkazmu i tak dalej...
- Tak, bo przecież jesteś taka wiarygodna i godna zaufania, że chyba się skuszę... - szydził jej w twarz i miała już ochotę przyłożyć mu w tą piękną buźkę.
- Nie, to nie – ruszyła bez słowa w stronę reszty pacjentów, nawet nie odwracając się w jego kierunku. Nie chciała się prosić, ani też dyskutować. Nie miała nawet potrzeby z nim rozmawiać, ale mimo to czuła w sercu lekki zawód.
- Dobra, dobra – usłyszała za plecami i uśmiechnęła się sama do siebie. Nie sądziła, że Jared będzie tak naiwny. A jednak. - Powiem ci o sobie, ale ty... Ty musisz też to zrobić. Opowiedzieć mi twoją historię.
- To nie jest historia, którą chciałbyś usłyszeć.
- Ale może jest jedyną, która jest tego warta?
Czuła napięcie i wiedziała, że te słowa to wyzwanie z jego strony. Nie chciała być tą słabszą, więc pokiwała głową na znak, że się zgadza. Niech gra się zacznie. Martwiła się tylko o to, czy czasem jej nie przegra. Stanęła naprzeciw niego, opierając się plecami o twarde mury budowli. Poczuła chłód promieniujący z kamienistej ściany za nią.
- Zaczynaj – powiedziała lekko.
- Co chcesz wiedzieć? Przecież możesz wszystko przeczytać w internecie – podszedł do niej bliżej i zniżył ton.
- Nie mam dostępu do internetu. Nie wiem, czy zapomniałeś, ale jestem pacjentem w zakładzie psychiatrycznym. Poza tym, lepiej dowiedzieć się wiadomości ze źródła...
- Urodziłem się 26 grudnia w Bossier City w Luizjanie. Od tamtego czasu... żyję. Raz lepiej, raz gorzej, ale żyję – uśmiechnął się wymownie i puścił jej oczko. - Na początku błądziłem, ale każdy liść musi przefrunąć jakiś kawałek drogi, by w końcu wylądować. - Kopnął kamień, który leżał pod jego nogami i ruszył w stronę wycieczki. - Chodź – powiedział tylko i wyciągnął do niej rękę. Zawahała się. Nie lubiła dotykać ludzi, tym bardziej nie lubiła, gdy ludzie dotykali jej. Zobaczyła jednak ciepło w oczach Jareda, którego do tej pory nie widziała. Nie wiedziała na czym to polegało, ale tego dnia był on jakiś inny. Jakby zgaszony z energii i mniej egoistyczny niż wcześniej. Może po prostu za wcześnie wstał, pomyślała. Odepchnęła się od muru, przy którym stała i mimowolnie dotknęła jego dłoni, gdy ruszyli w stronę przewodnika.
- Powiedz mi coś jeszcze – powiedziała patrząc przed siebie. Nie widziała spojrzeń ludzi skierowanych w ich stronę.
- Masz zimne ręce – wyszeptał do niej, odwracając głowę w stronę jej ucha.
- Zimne jak moje serce – zaśmiała się krótko, ale szczerze. - No dalej, powiedz coś jeszcze. Nawet nie wiem ile masz lat.
- Urodziłem się w 1971 roku.
Zatrzymała się na chwilę, tak, że Jared poszedł do przodu sam, ale zaraz się obrócił, widząc że nie mam jej obok. Patrzyła na niego z dziwnym wyrazem twarzy i sama nie widziała co powinna powiedzieć.
- To jest akurat niesprawiedliwe. Urodziłam się dwanaście lat później a wyglądam starzej niż ty. Mefistofeles nie podpisał ze mną paktu, czy coś?
Jared zaśmiał się głośno i podskoczył lekko jak małe dziecko. Czasami się zastanawiała i coraz bardziej była tego pewna, że mężczyźni wcale nie dojrzewają, ale tylko rosną. Leto podczas skoku zahaczył swetrem o gałąź, która wystawała zza muru. Niebieski materiał natychmiast się rozpruł przy szyi, zostawiając podłużną dziurę. Popatrzył na nią spod kotary włosów, które wyrwały się z kitki i znów się zaśmiał.
Nienormalny.
- Może ja sobie zrobię przerwę, a ty mi powiesz coś o sobie? Tak żebym był pewny, że nie będę mówić na marne.
Wciągnęła powietrze mocniej niż zawsze i wykrztusiła z siebie pierwsze, tak trudne do wypowiedzenia słowa.

6 komentarzy:

  1. Nie przerywaj w takim momencie ! Rozdział cudowny, zresztą jak zwykle :) Ogólnie to opowiadanie bardzo mi się podoba, jest takie inne niż wszystkie które czytam. Ciekawi mnie bardzo historia Valentiny. Czekam na nowy i życzę dużo weny :D Zapraszam do siebie http://one-night-of-the-hunterr.blogspot.com/
    Pozdrawiam xoxo

    OdpowiedzUsuń
  2. AAAAAAAAAJJJJJJJJJJJJJ KARAMBA I CHUJ CI W DUPĘ.
    nie lubię cię, domczi. jak czytam twoje rozdziały, to moja samoocena spada do poziomu rowu mariańskiego. naprawdę głupio mi jest, kiedy potrafię odnaleźć w twojej twórczości fragmenty, które sprawiają, że samoocena spada jeszcze niżej. takim kawałkiem jest: "Jared posłusznie ruszył za Floter, przyglądając się jej krzywym łopatkom. Wyglądały jak pozostałości po odciętych skrzydłach (...)". cudo w czystej postaci. za każdym razem jak go czytam, wydaje mi się, że pomimo niemal natychmiastowej interpretacji, jeszcze czegoś w nim nie odczytałam. czuję się jak beztalencie i debil, spierdalaj.
    coś krótko skomentowałam. zadowolisz się tym, głupia babo. tak, ty i twój talent możecie spierdalać.

    OdpowiedzUsuń
  3. wspaniały , ja chce już nowy :D

    OdpowiedzUsuń
  4. A myślałam już, że tylko ja kończę w takich momentach ;_; To chyba karma do mnie powraca. Oczywiście jak zwykle czuję się przez ciebie jak beztalencie i masz szczęście, że mnie motywujesz do pisania, bo inaczej bym Cię znienawidziła.

    Czekam na następny i życzę weny :)
    C.

    OdpowiedzUsuń
  5. Hej, rozdział super - jestem bardzo ciekawa co tam dalej przewidziałaś dla bohaterów ( nawet nie jestem sobie w stanie tego wyobrazić) - czekam z niecierpliwością na kolejne , pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń