01.

Cisza.
Tego poranka panowała zupełna cisza.
Popatrzyła zaspanymi oczami na sufit. Lubiła to robić. Popękana farba, która kolorem powinna przypominać odcień bieli, powoli odklejała się od łamanego kolażu, sprawiając wrażenie odpadającej zastygłej lawy. Wyjęła papierosa ukrytego w poduszce i odpaliła go, zaciągając się dymem głęboko do płuc. Tak głęboko, że aż bolało, ale ból przypominał jej, że wciąż żyje, że istnieje, że jest  r e a l n a.
Nadal cisza.
Zazwyczaj o tej porze Clary wbiegała do jej pokoju i oznajmiała co dzieje się w ośrodku. Clary wiedziała wszystko. Bez względu na to, jak tajna była informacja, ta dziewiętnastoletnia brunetka wiedziała wszystko. Valentina nie traktowała jej jak reszty - z pogardą i wyższością, ale okazywała jej resztki uczuć, bo wiedziała, jak wiele ta nastolatka przeszła. Starała się wykrzesać z siebie coś, na kształt uczuć, tak dla ścisłości. Dziś Clarissy w jej pokoju nie było. 
- Przytłaczające - powiedziała lekko i znów zaciągnęła się papierosem. Powoli ześlizgnęła się z łóżka i ruszyła w stronę drzwi by chociaż trochę oddzielić się od samotności, która i tak towarzyszyła jej na każdym kroku.
Nie miała tu nikogo. Być może Clary traktowała ją na kształt przyjaciółki, ale dla Valentiny była ona kolejnym felernym punktem tego miejsca. Może i tym najbardziej felernym, bo pokazywał, jak bardzo świat potrafi być okrutny. Życie daje ci wszystko i w jednej chwili to wszystko ci odbiera uśmiechając się przy tym fałszywie.
- Na dodatek frustrujące - dodała i złapała za klamkę otwierając szeroko drzwi. Na korytarzu nie było nikogo, jakby to miejsce było zupełnie opuszczone, jakby wszystkie te dusze odeszły do nieba. - Raczej do piekła.
Uśmiechnęła się oschle i ruszyła w stronę pokoju Clarissy. Zapukała mocno i weszła nie czekając na pozwolenie. J e j  pozwalano na wszystko.
- Clary, łajzo, gdzie jesteś? - zapytała ospale, ale w pokoju nie było nikogo i dobrze o tym wiedziała. - Clarrisa, gdzie jesteś? - podniosła głos, bo zaczęła irytować ją ta cała sytuacja. Lubiła mieć wszystko pod kontrolą. Lubiła rządzić, być szefem, władcą.
- Valentina... - usłyszała za plecami i odwróciła się. Przed nią stała chuda brunetka o szarych oczach i wystających kościach policzkowych. Na jej nadgarstkach spoczywały bandaże, które świadczyły o tym, jak bardzo nie akceptuje tego, kim jest. Jak bardzo nie akceptuje życia. 
- Wyjaśnisz mi, z łaski swojej, dlaczego tu nikogo nie ma? - zapytała rozdrażniona i spojrzała głęboko w oczy Clary, sprawiając że ta spuściła wzrok. Zaraz jednak go podniosła a w jej oczach zatańczyły iskierki ekscytacji. 
- Valentina, nie uwierzysz... Mamy gości! - oświadczyła i klasnęła uradowana. Była krucha jak wafelek, pomyślała Valentina, co trochę ją przytłoczyło. Ukryła jednak to pod maską obojętności.
- Mogłabyś być bardziej dokładna w swoich sprawozdaniach, Clary? Doprawdy, nie wiem nadal co w tym takiego ekscytującego.
- A, tak... Przepraszam. Tak czy inaczej, mamy gości z Ameryki! - podskoczyła z ekscytacji.
Ameryki. Tak nagle odległe wspomnienia znów stały przed jej oczami. Tak nagle to wszystko powróciło, przyprawiając ją o zawroty głowy.
- Jesteś pewna, Clary? - przyjrzała jej się uważnie. - Na pewno wzięłaś dzisiaj leki?
Clarissa spojrzała na nią spode łba i z wrogim nastawieniem dodała:
- Przestań!
- Dobrze, w takim razie powiedz mi... kto to? - na ustach Clary znów pojawił się uśmiech, jakby zapomniała o żalu do przyjaciółki. Urok osób chorych psychicznie.
- A więc dziś rano usłyszałam - oczywiście, przecież ona wszystko słyszy. - jak pani Floter mówiła, że jacyś muzycy chcą tutaj gdzieś w pobliżu nagrywać teledysk. No i mówiła też, że jakiś tam chiński polityk kazał im tu zostać miesiąc, przetrzymując ich tu. No wiesz... coś z wizą. Tak czy inaczej zostają tutaj na miesiąc i postanowili tutaj... posiedzieć? Nie wiem, są dziwni, cali czarni i jacyś... mroczni. Nie wiem co chcą tu robić, ale podobno mają przelać kupę kasy na konto tego psychodołku i...
- Clary! - zatrzymała ją Valentina. - Spokojnie, zrozumiałam. A więc, niech zgadnę - dodała z pogardą. - Każdy z was siedzi teraz na strychu patrząc przez szpary na wydarzenie roku? - popatrzyła na Clary z sarkazmem w oczach i lekko się uśmiechnęła. - Psychodołek? Clary, ty tak na poważnie?
Młoda dziewczyna zaczerwieniła się i spuściła wzrok ponownie.
- Dobra, idę tam - oświadczyła mimowolnie i wyrzuciła wypalonego już papierosa.
- Valentina, na strychu nie ma miejsca - powiedziała ze skwaszoną miną. 
- Ja nie idę na strych. Ja idę tam, gdzie są oni - uśmiechnęła się lekko i wyszła z pomieszczenia.

Stanęła przed drzwiami "sali gościnnej", bo tak pracownicy nazywali pomieszczenie, do którego nie wpuszczano podopiecznych. Było zazwyczaj puste, bo gości w tym miejscu nie było, mimo to należało do najbardziej zadbanych.
- Wszystko na pokaz - syknęła pod nosem Valentina, którą aż brzydziła się fałszywością salowych. 
Tutaj wszyscy byli fałszywi. Nie mogła nikomu nic powiedzieć, bo dowiedzieliby się inni, co mogłoby stawić ją w obliczu samego pana Wolfderna, który z uroczo kwaśnym angielskim akcentem przesłuchiwał ją co wtorek. Swoją drogą zawsze zastanawiało ją, jak ten prowincjonalny laluś znalazł się w chińskim psychiatryku dla wytrąconych umysłowo z całego świata. To miejsce było zagadką.
- Witam panów serdecznie - powiedziała z kiepskim akcentem Floter - szefowa tego miejsca. - Miło jest nam, że nas panowie odwiedzili.
Valentina nieco bardziej się wychyliła, by zobaczyć przybyszy. Omal nie upadła, gdy ich ujrzała. Stojąca za nią Clary szturchnęła ją mocno i położyła sobie palec na ustach, sygnalizując proste "zamknij się".
- Nigdy nie widziałam czegoś zabawniejszego - oświadczyła szeptem Valentina i stłumiła falę śmiechu.
W pokoju obok stali czterej mężczyźni ubrani na czarno. Każdy z nich miał pomalowane kredką oczy, włosy jednego z nich były nienaturalnie proste i miały czerwone końcówki, jakby pożerał je ogień. 
- Wyglądają jak jakaś banda debili - wyszeptała do Clary i znów zachichotała. - Niech lepiej stąd uciekają, bo zamkną ich tu zamiast nas.
- Przestań, ten jeden jest uroczy - wykrztusiła z siebie Clarissa i zrobiła maślane oczka do prostowłosego, przestylizowanego lalusia. 
- Uspokój się, łajzo. On jest od ciebie starszy, nie widzisz? Poza tym, chyba mają coś nie tak z piątą klepką pojawiając się tutaj. Oni nie wiedzą jak tutaj traktuje się takich jak oni? 
Znów spojrzała na Amerykanów z pogardą w oczach. Podczas kiedy Floter bombardowała ich masą, jakże im potrzebnych do życia, informacji, każdy z nich miał skierowany wzrok w inną stronę. Scena wyglądała bardzo zabawnie, bo produkująca się do maksimum szefowa musiała się pogodzić z faktem, że muzycy mają w swoim poważaniu jej interesującą historię o tym, jak doktor Yang założył ten szpital "z myślą o przyszłych pokoleniach i nadzieją na lepsze jutro". Jeden z nich, nieco niższy niż pozostali rozglądał się po pomieszczeniu, kiedy nagle skierował wzrok wprost na Valentinę. Popatrzył na nią przez chwilę, wertując ją wzrokiem. Ta stała prosto, nie chowając się i nie uciekając. Nie ona. Nie Valentina Lightburn. W jej głowie wirowało tysiące myśli, mimo to skupiła wzrok na ciemno ubranym mężczyźnie. 
- Valentina, nie jest dobrze... - usłyszała za plecami głos Clary i odwróciła się powoli do niej, oblewając ją piorunującym spojrzeniem.
- Zamknij się, do cholery. Jeżeli masz problem to spadaj - oświadczyła z pogardą i wróciła do obserwacji najniższego z muzyków, który w tej chwili posyłał jej głupie miny. 
- I D I O T A - powiedziała bezgłośnie i powoli, wpatrując się w oczy mężczyzny, aby zrozumiał. Popatrzył na nią chwilę i się zaśmiał, wytrącając resztę z transu, jakim była przemowa Floter. 
- Panie Leto, czy coś się stało? - zapytała z nieco zasmuconą miną, że być może wykład o Wielkim Murze Chińskim nie jest na miejscu. Właściwie... to nie był.
- Shannon tak zawsze - odpowiedział stojący obok niego mężczyzna, którego włosy były jaśniejsze niż pozostałych. - To wspaniale, że ten mur... jest tak blisko - uśmiechnął się krzywo i spojrzał znacząco na mężczyznę, który jak Valentina usłyszała, miał na imię Shannon. 
Koło znów ruszyło a Floter kontynuowała wykład, próbując przy tym gestykulować, by bardziej zainteresować uśpioną widownię. Valentina nadal przyglądała się muzykowi, kiedy ten nagle powiedział cicho:
- Blisko, jak twoje pizdzisko.
Valentina wybuchnęła śmiechem tak głośnym, że nie sposób byłoby go ukryć. Śmiała się nie tylko z tego tekstu, który wcale nie był zabawny. Śmiała się z życia, śmiała się z tego miejsca, śmiała się z Floter, śmiała się ze wszystkiego. Śmiała się z tego, jak bardzo jej życie jest okropne, jak bardzo cierpi będąc na uwięzi. Dała sobie moment na chwilowe uniesienie, na sekundę odpoczynku, na głupie zachowanie, rodem z komedii w telewizji, której nie oglądała od wieków.
Wpadła do pokoju, nie mogąc zdusić w sobie rozbawienia, mimo że wiedziała, jak bardzo zostanie ukarana. 
- Lightburn, co ty wyprawiasz? - zapytała przestraszona Floter i natychmiast podbiegła do niej, uderzając ją przy tym mocno w tył głowy. Nie miała skrupułów, nigdy. - Uspokój się!
Valentina z pogardą odwróciła głowę do najwyższej oddziałowej i splunęła jej w twarz, nie ukrywając przy tym samozadowolenia w postaci soczystego uśmiechu.
- Z tobą policzę się później - powiedziała do niej ostro i otarła twarz. Była poniżona i dobrze o tym wiedziała. Odwróciła się do Amerykanów ze sztucznym uśmiechem. - A panów witam serdecznie!


FM: jaki ten rozdział jest beznadziejny... ale początki u mnie tak zawsze, beznadziejnie.
no to zaczynam promocję bloga, dodam go do spisów itd.
jeżeli chcecie wyrazić opinię o blogu na tt, to zapraszam do tweetowania z hasztagiem #cantcontrolff, możecie mnie również pytać na asku - chętnie odpowiem a jeżeli chcecie być anonimowymi czytelnikami, to chociaż zostawcie krótki komentarz. będzie mi miło. 

8 komentarzy:

  1. chryste panie, kocham cię miłościo piękno i poetycko <333333
    [doceń to serduszko, rzadko kiedy okazuję miłość]

    płynnie wprowadziłaś pewnych amerykanów do swojego opowiadania. cieszę się, że nie zostali "wrzuceni" na zasadzie "no i ten supi koleżka wlazł do naszego ośrodka i się w nim zakochałam, więc poszłam go zaliczyć w bufecie".
    ten cudowny moment "blisko, jak twoje piździsko" rozbawił mnie. kocham go. bardzo dobrze, że wplotłaś taki element do pierwszego rozdziału - pozostawia czytelnika z myślą, że reszta notek będzie utrzymana w podobnym klimacie. poza tym, z tego wynika, że shannon i ja mamy podobne poczucie humoru... :)
    pokładam naprawdę duże nadzieje w tym opowiadaniu, więc nie zawiedź mnie. tfu, co ja gadam... jestem pewna, że nie zawiedziesz.
    [chyba jestem pierwsza ijoijo]

    OdpowiedzUsuń
  2. blisko, jak twoje piździsko - umarłam. czekam na kolejny rozdział :D

    OdpowiedzUsuń
  3. no no no no.
    tutaj się powtórzę z poprzedniczkami. tekst szanona jest idealny, szanon to ja!
    wgl to ale akcja z tym, że ma teraz lasie (to tak odbiegając od bloga xd)

    super, super, aby się rozpływać, ale mało jareda.... zuo xd gejus na potem xd
    no nic, czekam na dalszą część.

    OdpowiedzUsuń
  4. Trafiłam przypadkiem, ale zostanę na dłużej ;) Strasznie ciekawi mnie, co Valentina(swoją drogą, piękne imię!) robi w psychiatryku. Ja również się powtórzę, ten tekst Shannona miażdży xD Swoją drogą to już polubiłam główną bohaterkę, też ma dobre odzywki ;)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mi również bardzo podoba się to imię :)

      Usuń
  5. Podobne do filmu "Przerwana lekcja muzyki" xD swoją drogą rozdział bardzo mi się podoba (choć mógłby być dluzszy ;)) czekam na kolejne, lubie takie psychiatryczne klimaty :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Cieszę się, że poszperałam w spisie i trafiłam na tego bloga :) ładnie piszesz, ciekawe odzywki no i poczucie humoru, bo tekst Shanna mnie zniszczył:) liczę na więcej Jareda bo kurde, moja milosc zycia, a rzadko znajduje z nim ładnie pisane opowiadania. Życzę weny i zapraszam do mnie, moze akurat przypadnie ci do gustu. PS. Masz kolejną czytelniczkę :*

    catwalk-and-cigarettes.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  7. Mega shonn najlepszy XD

    OdpowiedzUsuń